CZEGO SIĘ BOISZ?…

                                      Lęk  towarzyszy  wielu sytuacjom życiowym, a czasem jest bezustannym doświadczeniem. Im bardziej staramy się nie bać, tym bardziej się boimy…

Co jest grane?

                                        W zasadzie przeżywanie lęku jest pozytywne, bo pojawia się on w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia, naszego spokoju lub wartości. Pojawienie się go jest więc informacją, że należy zwiększyć czujność, zachować ostrożność albo wiać co sił. Niestety, zbyt długie i zbyt częste doświadczanie lęku może prowadzić do sytuacji, w których już nie radzimy sobie z nim i coraz trudniej jest funkcjonować w ciągłym poczuciu zagrożenia.

Nazywamy to więc stresem, czyli tak naprawdę efektem zbyt długiego przebywania w stanie napięcia, a wraz z tym niemożnością rozluźnienia się i doświadczenia spokoju. Adrenalina bowiem przez krótki czas jest ok, ale na dłuższą metę wyniszcza naszą psychikę, a w końcu też ciało fizyczne.

Tymczasem zapominamy, ze strach, czy też lęk to najsilniejszy mechanizm materializujący w życiu każdego człowieka. To, czego się boisz – masz niemal natychmiast.

                                       Kobiety w przeważającej większości zachodzą w ciążę, bo się jej boją. To jest powszechne. Dlaczego? Bo jest zakodowane od wieków w podświadomości zbiorowej. Jeszcze wcale nie tak dawno, bo niecałe sto temu ciąża, a zwłaszcza poród, zawsze wiązały się z dużym ryzykiem i zagrożeniem życia dla kobiety. Śmiertelność kobiet podczas porodu była ogromna. Nie wspominając o tym, że ciąża zmienia diametralnie życie kobiety i również w naszych czasach utrudnia je zarówno w kwestiach zawodowych, jak i finansowych.

                                     Boimy się zawsze nowych sytuacji. Wyjście poza strefę komfortu wiąże się bowiem z narażeniem na konfrontację z nieznanymi ludźmi – niekoniecznie miłymi, z nieznanymi sytuacjami – niekoniecznie przyjemnymi, często nawet trudnymi, z własnymi słabościami czy też zachowaniami, których nie jesteśmy pewni. Bo dopiero nowa sytuacja weryfikuje, co w nas siedzi i co z nas wyjdzie. Jak się bardzo boimy – to w nowej sytuacji materializują się pięknie i kolorowo nasze myśli negatywne o sobie i czarne scenariusze. No i weź tu się nie bój nowych sytuacji!

ROZPRACOWANIE TRAUMY

                                     Doświadczenia traumatyczne nieprzepracowane i niezintegrowane przyciągają kolejne takie same lub gorsze. Wystarczy uczestniczyć w jakimś wypadku i stłumić pozostałe po tym wydarzeniu uczucia, głównie lęku, by w niedługim czasie historia się powtórzyła, zwłaszcza jeśli mocno nas dotknęła.

                                   Wypadek mojego syna sprawił, że ponad rok tłumiłam w sobie lęk, że coś podobnego może się zdarzyć moim pozostałym dwóm synom. Gdy wychodzili do szkoły, serce podchodziło mi do gardła, czy wrócą zdrowi. W ciągu dnia niejedna myśl przebiegała przez moją głowę z czarnymi scenariuszami, co może się im zdarzyć w drodze powrotnej. Starałam się ten lęk zmniejszać, wyciszać, ale napięcie i tak pozostawało aż do ich powrotu do domu. I tak było codziennie.

                                      Aż jednego dnia – gdy Kornelowi schodziły kamienie nerkowe i był pod kroplówką, a najmłodszy syn poszedł z kolegą na działki w pobliżu – dostałam telefon: najmłodszy syn spadł z drzewa i nie mógł wstać, tak bardzo bolał go kręgosłup. W tym momencie wszedł do mieszkania bioenergoterapeuta. Zostawiłam go z Kornelem i pobiegłam na owe działki. Kolega syna tłumaczył mi, jak to się stało, a syn leżał na ziemi i płakał z bólu. Zadzwoniłam po pogotowie. Gdy zobaczyłam ratowników z noszami, a potem ich stwierdzenie, że może być uszkodzony kręgosłup, nogi się pode mną ugięły i z trudem łapałam oddech. Ale nie miałam czasu na to, żeby uciec z tej sytuacji i na przykład zemdleć, bo ratownicy zapytali, czy pojadę z synem?. To pytanie rozwaliło mnie na amen. W domu leżał syn pod kroplówką, zostawiłam go przecież tylko na chwilę z obcym człowiekiem, tutaj drugiego syna zabierali na noszach do szpitala. Co ja mam zrobić? Pamiętam, że w jednej chwili ogarnęła mnie wściekłość: „No, k.. jego w d… poje… mać!” – zaklęłam w myślach najbardziej siarczyście, jak umiałam – „tego już za wiele!” Ale pojechałam, dzwoniąc po drodze do szkoły najstarszego syna, żeby jak najszybciej wrócił do domu.

                                   W szpitalu znów koszmarny obrazek: na oddziale dziecięcym kilkanaście dzieciaków stojących, leżących lub siedzących bezpośrednio na posadzce i czekających aż ktoś się nimi zajmie. „Rany boskie! Gdzie ja trafiłam?” – przemknęło mi przez głowę. Złapałam jakąś pielęgniarkę i pytam, gdzie są lekarze, przecież te dzieciaki płaczą. „Pani kochana, tam w kącie na podłodze siedzi chłopak ze złamaną ręką z przemieszczeniem i łzy mu ciekną jak grochy, jest cały bordowy z bólu! Co wy robicie?” Usłyszałam, że wszyscy lekarze są zajęci, bo był karambol i siostra szanowna znikła za drzwiami. Mój syn dostał po drodze do szpitala kroplówkę z pyralginą, więc leżał na kozetce dość spokojnie. Tamten chłopiec ze złamaną ręką był sam. Podeszłam do niego i mówię: „Chodź, młody, pchamy się bez kolejki, przecież już wystarczy tego bólu…” Pomogłam mu wstać i weszliśmy do gabinetu zabiegowego. „Ten chłopiec bardzo cierpi, proszę podać mu chociaż pyralginę” – powiedziałam ostrożnie do dziewczyn w środku – wyglądało na to, że to studentki albo stażystki.  Dość raźno zajęły się chłopakiem, więc wyszłam do syna. Zeszło nam 2 godziny, zanim pojechaliśmy na zdjęcie rtg, potem rozmowa z lekarzem. Wyszło na to, że jest nieźle: kręgosłup był tylko stłuczony, mieli zostawić syna na obserwacji przez kilka dni i podawać środki przeciwbólowe. Tylko, że miał leżeć na korytarzu, bo nie było już wolnych łóżek. No, masz! „To ja, panie doktorze, zabieram syna do domu, proszę tylko o zalecenia i receptę. Akurat mam w domu pielęgniarkę ojomową. Podaje jednemu synowi kroplówki, to drugiemu też może zrobić zastrzyk”. „Żartuje pani?” – doktorek spojrzał na mnie z niesmakiem. Wyjaśniłam, że nie żartuję, dostałam do podpisania kwit, że na własne żądanie zabieram syna i wróciliśmy taksówką do domu.

                                        Jeszcze przez kilka tygodni nie rozumiałam, że ten nowy wypadek najmłodszego syna był od początku do końca moim dziełem. Skutkiem moich nerwicowych lęków o zdrowie i życie moich dzieci i nieprzepracowanej traumy. Świadomość pojawiała się stopniowo wraz z obserwacją, że ja czuję się znacznie spokojniejsza, gdy najmłodszy syn jest w domu i nie chodzi do szkoły, ani do kolegów oraz z lekturą książek Hicksa i Pema Cziedryn.

                                       Zaczęłam uczyć się relaksu i medytacji, a synom – gdy wychodzili z domu – przyklejałam w wyobraźni aniołki do ramion. Co ciekawe, każdego kolejnego dnia te aniołki widziałam wyraźniej i mnie było łatwiej rozluźnić się. Ułożyłam sobie też piosenkę – dwuwiersz, którą nuciłam przy każdej okazji, gdy pojawiał się we mnie niepokój. „Moi chłopcy, raz, dwa, trzy, silni, mądrzy zdrowi, samodzielni są…” – na melodię „Były sobie gąski trzy (albo świnki)”.

                                           Jeśli ktoś myśli, że rozpracowanie nerwicy lękowej jest łatwe i szybkie, to jest w błędzie. Ale da się. Wystarczy motywacja wynikająca z przerażenia, że swoimi lękami mogę zgotować własnym dzieciom i sobie  niezłe piekło.

                                   Ale to nie był jedyny lęk, jaki miałam po wypadku syna. Bałam się nawet spojrzeć na słupy elektryczne (miejsce wypadku mojego syna), bo z mety płakałam, zaciskało mi szczękę i nie mogłam mówić. Aż raz jechałam busem z Krakowa do Lublina. I po drodze za oknem nic – tylko słupy. Co było robić? – gapiłam się na nie z uporem maniaka przez ponad pięć godzin podróży, łzy ciekły mi po policzkach, przewracało mi wnętrzności z żalu, bólu, złości, rozpaczy i tym podobnych uczuć, spociłam się jak mysz, ale gdy dojechałam na miejsce, byłam jak nowa. Po raz pierwszy od wypadku spadła ze mnie tona albo pięć emocji uwięzionych, stłumionych i niechcianych. Było od razu lżej.

Oczywiście, to nie był koniec mojej pracy z traumą. W sumie trwa do dziś. Jednak to był mocny początek. Uświadomił mi, że tylko ode mnie zależy, co chcę zrobić ze swoimi emocjami oraz myślami. Nowe spojrzenie na świat rodziło się stopniowo i teraz jestem usatysfakcjonowana miejscem, do którego doszłam. Było warto.

CZY SĄ JAKIEŚ SPOSOBY NA LĘK?

                                    Pierwszy i podstawowy sposób to zdemaskowanie lęku. To znaczy, że trzeba jasno i wyraźnie sobie powiedzieć, czego on dotyczy. Czy boję się utracić zdrowie?, pracę?, pieniądze?, czy też jest to lęk bezprzedmiotowy przybierający formę niepokoju, który może być początkiem nerwicy lękowej, czy jest związany z wydarzeniami z przeszłości?

Znalezienie odpowiedzi niejednokrotnie wymaga sporego wysiłku, gdyż wyparte mało przyjemne emocje jakby nie chciały być nazwane i zauważone. Można sobie tutaj pomóc Ormusem lub esencjami Aura Soma. Super pięknie obydwa specyfiki wywalają stłumione emocje.

                                  Zaraz potem trzeba sobie zdać sprawę, że bycie chojrakiem nie zmieni faktu, że absolutnie wszyscy doświadczamy lęku pod wszelkimi możliwymi postaciami od urodzenia aż do śmierci. Przyjęcie postawy pokory jest jedynym sensownym rozwiązaniem wobec takiej sytuacji egzystencjalnej człowieka, a uświadomienie sobie kruchości i ograniczeń ludzkiego losu jest chyba – tak sądzę – jedyną prawdziwą podstawą życiowej odwagi i umiejętności stawiania czoła niebezpieczeństwom w życiu. Z drugiej też strony ta sama postawa pokory i akceptacji daje równowagę, bo nie pozwala na szarżowanie i zbędne narażanie się na niebezpieczeństwo.

Ale na co dzień potrzebujemy prostych i skutecznych metod radzenia sobie z lękiem.

                                       Jest ich kilka. Pierwszy polega na tym, że jeśli bardzo się boisz i nie potrafisz w żaden sposób zapanować nad lękiem, to zwyczajnie bój się na maksa. Co to znaczy? Nic, ale to kompletnie nic nie rób, tylko zajmij się tym lękiem. Siądź w kącie, zamknij oczy i wyobraź sobie najczarniejszy scenariusz tego, czego się boisz. Wzmocnij maksymalnie odczucie lęku, strachu w ciele i wytrzymaj tak długo, aż się zmniejszy. Jest to metoda wykorzystująca prawo równowagi: sięgając dna – odbijesz na pewno w drugą stronę. Poza tym, gdy organizm doświadczy maksymalnej dawki lęku, z każdą mniejszą dawką już sobie poradzi. Bo już wie jak. Oznacza to, że możesz zupełnie spokojnie wejść w sytuację, której się bałeś, gdyż strach już nie będzie cię blokował i utrudniał działania.

                                       Druga metoda: jeśli strach jest uzasadniony – podejmij działania, by go zmniejszyć. Ta metoda nosi nazwę „po amerykańsku”. Bo Amerykanie zabezpieczają się na przeróżne sposoby, żeby nie musieć się bać. Najlepszy przykład związany jest z pracą: każdy Amerykanin w momencie, gdy zostaje przyjęty do pracy, składa od razu aplikację do kilku innych miejsc, żeby się zabezpieczyć na wypadek, gdyby pracę stracił. Zmniejsza więc swoje lęki przed zwolnieniem z pracy. Wszelkiego typu ubezpieczenia finansowe mają podobne uzasadnienie: zabezpiecz się przed najgorszym., dzięki temu mniej będziesz się bać. I żeby było jasne: jest to półśrodek potrzebny w sytuacjach, gdy nie stać nas na ogarnięcie swoich lęków i wprowadzenie do myśli i uczuć spokoju.

                                     Częstym i skutecznym sposobem na lęki jest opowiedzenie o nich głośno. Prawdziwe jest bowiem powiedzenie: „Nie taki diabeł straszny, jak go malują”, a dokładniej: jak go maluje nasza wyobraźnia. Słuchaczem naszych obaw, lęków i strachów wcale niekoniecznie musi być inny człowiek, może być zwierzak, a nawet drzewo. Działa tak samo.

                                    Kolejna metoda: zrób akceptację cienia na to, czego się boisz. Działa natychmiast. Szczegółowo omówiłam tę technikę we wpisie http://zpietamiwchmurach.pl/akceptacja-cienia/

                          Jest jeszcze metoda bogatych, którą biznesmeni stosują, gdy podejmują ryzykowne przedsięwzięcie biznesowe.  Polega na tym, że na nadgarstek zakładasz dość mocną gumkę (recepturka za słaba). Podobno są w sprzedaży takie profesjonalne „gumki sukcesu”. Ryzyko rodzi wątpliwości, a więc i lęki, toteż w momencie pojawienia się myśli generującej lęk, taki biznesmen naciąga ową gumkę  i puszczając ją, uderza w dość czułe i bolesne miejsce po wewnętrznej stronie nadgarstka. W ten sposób tworzy się negatywna neuroasocjacja: lękowa myśl zostaje połączona z dotkliwym, krótkotrwałym bólem. Po pewnym czasie organizm zapamiętuje schemat i chce uniknąć bólu, więc lękowych myśli jest coraz mniej.

Praca z lękami to zadanie na całe życie

Jednak nie czarujmy się lęki nie znikną z naszego życia. Są jego nieodłącznym elementem. Jedynym naprawdę skutecznym sposobem na radzenie sobie z lękami jest relaks i świadoma praca z nimi.

Praca z lękiem:

  • zauważenie lęku,
  • zrobienie od razu akceptacji cienia,
  • wprowadzenie spokoju do ciała, serca i umysłu poprzez relaks (odprężenie).

                                  Każdy z tych elementów wydaje się w sytuacji lękowej niemożliwy do wykonania. Tak rzeczywiście jest, ale tylko na początku. Im częściej stosujemy te 3 kroki pracy z lękiem, tym łatwiej je robimy i lepsze są efekty.

                                A co z ludźmi, którzy uważają, że się nie boją?

To jest tylko wyparcie, stłumienie.

                                                    Nawet stłumienie bardzo małego lęku, niezauważenie go, po pewnym czasie doprowadzi do sytuacji, że ten lęk urośnie i pojawi się w momencie dla nas najmniej korzystnym i będzie sporym kłopotem.

Każde zauważenie lęku jest już jego zmniejszeniem.

                              Gdy przy tym zrobisz akceptację cienia, odbierzesz tej emocji negatywną ocenę: potraktujesz ją jak każde inne niskowibracyjne uczucie, które należy uwolnić, przepuszczając przez ciało bez oceny. Dzięki temu sytuacja lękowa, która spowodowała tę emocję już się nie powtórzy. Nie zostanie bowiem wklejona do podświadomości.

Są ludzie, którzy bardzo solidnie pracują tylko ze swoimi lękami i mają naprawdę bardzo dobre efekty.

                                        W sytuacji, gdy przeżywamy traumatyczne wydarzenie, zagrażające naszemu życiu lub zdrowiu i jeszcze powiązane jest ono z bólem wytwarza się ogromna ilość lęku, która potrafi upośledzić funkcjonowanie naszej psychiki, również ciała. Mamy wtedy do czynienia z zespołem stresu pourazowego.  I nie jest prawdą, że potrzebna jest bardzo duża trauma, by taki zespół się pojawił. U małego dziecka może go spowodować zwykłe oddzielenie od matki. U dziecka w wieku szkolnym, czy nastolatka może się pojawić jako efekt kłopotów adaptacyjnych w środowisku rówieśników. Zawsze jest też skutkiem traumatycznych zdarzeń losowych, takich jak wypadki. Co ciekawe, to polscy psycholodzy opracowali skuteczną metodę pracy z zespołem stresu pourazowego opartą na specyficznych, kontrolowanych, szybkich ruchach gałek ocznych.

MROCZNY KOSMOS

                                        Poziom odporności na stres jest w sumie poziomem odporności na sytuacje generujące lęk. Kłopot w tym, że różne sytuacje – w zależności od doświadczeń życiowych – u różnych ludzi wywołują stan napięcia, który też może mieć różną wartość. To sprawia, że trudno jest określić, kto jest bardziej lękliwy, a kto mniej.

                                      Natomiast można  ze stuprocentową pewnością wskazać osoby, których lękliwość będzie większa od urodzenia, są bowiem na to badania naukowe. Okazuje się, że już w łonie matki dostajemy w prezencie od niej mroczny kosmos lub jasny kosmos. Gdy matka w czasie ciąży jest w dobrej kondycji psychicznej, pogodna i zaopiekowana, jej organizm produkuje więcej endorfin, które również dostaje dziecko. Gdy jednak ma wiele sytuacji stresowych i żyje w niepokoju z różnych powodów, dziecko dostaje od niej adrenalinę i kortyzol – stąd zwiększona lękliwość i płaczliwość takich dzieci.

                                    Dodatkowo sam poród jest traumatycznym doświadczeniem dla każdego dziecka. Jeśli zbyt wcześnie przetnie się pępowinę i nie położy dziecka na brzuchu matki po porodzie, dziecko nie otrzyma rozluźniających opiatów, które są wyrzucane do organizmu matki po trudach porodu. I w ten sposób zostaje zaburzona już w momencie przyjścia na świat najważniejsza prawda, że po burzy zawsze wychodzi słońce, bo dziecko po traumie porodu nie dozna ukojenia i rozluźnienia i nie zostanie to wpisane do pamięci komórkowej jego ciała, ani do jego podświadomości.

Warto tu przypomnieć, że moje pokolenie pochodzi z czasów tzw. „higienicznych porodów”. Nie tylko, że nikt nawet nie pomyślał, żeby noworodka położyć na brzuchu matki, to jeszcze od razu wrzucano takiego malucha pod strumień chłodnej wody prosto z kranu. Masakra!

                            Równie niebagatelnym powodem ( o którym już pisałam) zwiększającym naszą podatność na stres i lęki jest fakt, że nasi dziadkowie byli na wojnie i ich doświadczenia zagrożenia życia i zdrowia oraz braku wolności są już w pamięci genetycznej naszych ciał oraz w naszej podświadomości.

                    Toteż wypadałoby mieć dla siebie dużą cierpliwość i wyrozumiałość, a przy tym uważność i zaangażowanie, by ogarnąć to, co odbiera spokój i wprowadza zamęt. Powolutku i systematycznie. Zaopiekowanie się sobą to przede wszystkim zaopiekowanie się swoim światem uczuć i emocji, a zarazem wyraz dojrzałości i wysokiego poziomu świadomości.

Jedna myśl na temat “CZEGO SIĘ BOISZ?…

  1. Witam, po raz kolejny, czytając Pani post, zastanawiam się skąd się Pani wzięła… niektóre informacje mnie porażają wręcz! Jakby była Pani „praktycznym przedłużeniem moich częściowo teoretycznych rozważań”.

Dodaj komentarz