Desperacja, czyli o doktorach i medycynie chińskiej

                              Są trzy rodzaje białej śmierci: sól, cukier i lekarz medycyny konwencjonalnej. Wiem to od dawna…
Ale zacznijmy od początku.

SYNDROM BIAŁEGO FARTUCHA

                                    Trzy tygodnie temu zrobiło mi się wysokie ciśnienie, średnio w ciągu dnia 180/100, wieczorem 220/120. Przy takim ciśnieniu nie ma żadnych szans na zrobienie skuteczne jakiejkolwiek terapii. A mój syn miewa ataki padaczki, czy też spastyki (temat jest niezdiagnozowany), po których bardzo źle się czuje: boli jelito grube, a prawa nerka – jedyna sprawna – przestaje pracować prawidłowo.

                                    Osobą, na którą mogę liczyć i która mnie ratuje w takich sytuacjach, gdy ja jestem chora, a Kornel bardzo cierpi jest bioenergoterapeuta Kazimierz Kwitniewski. Już niejeden raz wyciągnął Kornela z opałów. Okazało się jednak, ze ma wyłączoną komórkę, więc pewnie wyjechał na urlop.
Co było robić? Poszłam do Centrum Medycyny Chińskiej w Krakowie, żeby sobie pomóc: szybciej rozpracować i pozbyć się tematu nadciśnienia. Pan doktor stwierdził, że mam nadmiar energii yin i nadciśnienie spowodowane jest przez wątrobę. W  pełni się z tym zgadzam, bo cały ten wpis jest upuszczaniem energii yin, czyli złości i gniewu na wszelkiej maści białe fartuchy.

                                  Od dawna wiedziałam, że mam syndrom białego fartucha: wystarczy, że tylko pomyślę o lekarzach, czy dentyście, a ciśnienie mi skacze jak szalone. Co by nie było pół roku spędziłam w najcięższych ojomowych oddziałach kilku szpitali w Polsce i wiem, co się tam dzieje. Jednak nie sądziłam, że temat jest aż tak u mnie duży i aż tak wyparty.

                                     Wydawało mi się, że pogodziłam się z faktem, że Kornela nie chcą przyjąć na żaden oddział w szpitalu bez względu na to jak byłby chory, twierdząc. że nie mają warunków do opieki nad osobą całkowicie zależną od otoczenia, bo jedna pielęgniarka jest na 35 osób. Jeszcze, gdy syn był dzieckiem wiele można było wywalczyć. Teraz, gdy jest dorosły, przyjazd do szpitala kończy się kilkugodzinnym pobytem na oddziale ratunkowym, gdzie podadzą jedną lub dwie kroplówki i odeślą do domu nawet bez żadnych zaleceń. Właściwie to nie jeździmy już do szpitali od dobrych kilku lat, bo szkoda zdrowia. I to dosłownie.

To tyle tytułem dygresji o przeszłości i uzasadnienia mojej opinii o lekarzach.

                                 Ale wracając do tematu. Poszłam do Centrum Medycyny Chińskiej w Krakowie. To jest dość ekskluzywne centrum. Leczą się tam profesorowie i różne inne krakowskie szychy praktycznie całymi rodzinami. Sławę ma wielką pan doktor Wiesław Nowak. Kolejki są do niego podobne jak w państwowych przychodniach – około pół roku. Ale tak się złożyło, że mój lekarz prowadzący nie przyszedł i właśnie dr Nowak w zastępstwie założył mi igły. Nie powiem, skutecznie: siedem igiełek na stopach i rękach i po pół godzinie moje ciśnienie z 230/125 spadło do 160/100. Bardzo był zajęty, bo ja byłam dodatkową pacjentką. Toteż nie udało mi się zapytać go, czy przyjmie Kornela. Zapisałam więc syna do innego lekarza z myślą o tym, że teraz to już całkiem szybko poprawi się mnie, a Kornel będzie miał mniej bólu, więc i ja będę mieć większy komfort do zdrowienia. Jednakże po powrocie do domu pomyślałam, że w sumie lepiej byłoby, gdyby Kornelem zajął się dr Nowak, skoro jest najlepszy. Zadzwoniłam więc do pani rejestratorki z prośbą o zapytanie w tej sprawie do dra Nowaka.

                            I co? I to był błąd. Bo doktorek stwierdził nie tylko, że nie przyjmie Kornela, ale jako właściciel Centrum nie zgadza się, by którykolwiek z lekarzy pracujących u niego prowadził mojego syna.
No, k… jego w d… poje… mać! O tak o? Bezczelnie i z buta? Gdy nawet nie widział Kornela? Jasne, ja rozumiem, że firma prywatna, że może sobie wybierać, ale przecież nie prosiłam o przyjęcie na terapię za darmo, tylko o pomoc w trudnej sytuacji. Zapłaciłabym zgodnie z cennikiem, a nawet więcej, gdyby tak sobie zażyczył.

Możecie mi powiedzieć, czego doktorek się przestraszył? Czy też z jakiego powodu mógł się na mnie obrazić? Jednego złego słowa mu nie powiedziałam.

Czy mógł sobie zwyczajnie pomyśleć, że mój syn nie zasługuje na leczenie, bo nie jest człowiekiem, tylko warzywem, czy co?

Z jakiego powodu taki ktoś może sobie sklasyfikować kogoś innego, że już mu nie należy się pomoc, ulga w bólu? No, może wy wiecie?

Czy też w prywatnych gabinetach nie obowiązuje etyka lekarska? A może medycyna chińska wyklucza leczenie ciężko chorych, czy też długoterminowo chorych?

A może po prostu coś z tym światem jest do góry nogami? Ja już nie wiem…

Mam nadzieję, że po tym wpisie, gdy wyleję trochę swojej złości i goryczy na bezduszność lekarzy, to przynajmniej ciśnienie mi spadnie.

Reprezentant cienia

                                      Doktor Nowak to tylko reprezentant moich doświadczeń z przeszłości.

                                   Gdy 12 lat temu weszłam na ojom oparzeniowy, 2 tygodnie po operacji przeszczepów, pielęgniarki brały Kornela do kąpieli w wannie z betadyną (odmiana jodyny), w której zwykłą gazą ścierały i odmaczały strupy i rany. Patrzyłam na to przez chwilę z niemym przerażeniem, nie byłam w stanie wydobyć słowa. Twarz Kornela wykrzywiona bólem robiła się coraz bardziej fioletowa. Żadna z pielęgniarek nie reagowała, bo syn nie miał wtedy głosu, więc nie krzyczał. „Co siostry robią?” – wykrztusiłam cicho i zachwiałam się na nogach. Jedna z pielęgniarek przypomniała sobie, że zapomniała podać metadon przeciwbólowo przed kąpielą, a druga podniesionym głosem kazała mi wyjść z boksu i wrócić dopiero po kąpieli.

                               Przez 40 dni Kornel była kąpany w ten sposób, bo 50-procentowe oparzenia ciała mogły spowodować sepsę. Zresztą i tak spowodowały. Ile razy w ciągu tych 40-stu dni siostry zapomniały o środku przeciwbólowym? Mój syn po powrocie do domu dostawał ataku paniki: robił się fioletowy i cały się prężył tylko na dźwięk otwierania jednorazowych opakowań i odgłos kroków w butach drewniakach. To jest dopiero syndrom białego fartucha: Kornel nie widział po wypadku przez półtora roku, jedynie dźwięki kojarzył z tymi, którzy zadawali mu ból.

                                        Chcecie wiedzieć, jaki jest mój lament?

Niemal co noc widzę te obrazki, zalewam się łzami, wyję w poduszkę i serce mi pęka: „syneczku mój, nie pomogłam ci, nie krzyczałam, nie pobiłam tych pielęgniar, pozwoliłam, żeby zadawano ci tyle bólu…” To jest nie tylko mój lament. Co noc, mieszkając w przyszpitalnym hotelu, słyszałam to samo przynajmniej z kilku pokoi obok. Co noc łączę się z bezgłośnym lamentem kilku tysięcy kobiet, które tak jak ja siedzą przy cierpiącym dziecku i giną w gniewie i bezradności.

                                    Takie wspomnienie nie jest jedyne: po dwóch miesiącach pobytu na ojomie oparzeniowym, Kornel znalazł się na oddziale traumatologii, gdzie profesor-ordynator oddziału miał przekonanie, że dziecko w śpiączce albo się wybudzi, albo umrze. Siedmioro dzieci, które tam leżały, nie miało rehabilitacji, były odizolowane od świata, rodziców i czekały na śmierć. Po niecałym miesiącu wypisałam syna z tego miejsca na własne żądanie i znalazłam się w czarnej d… Ssak do usuwania wydzieliny, żywienie przez sondę, zmiana opatrunków, bo na oddziale profesora pootwierały się przeszczepy, które były już całkiem wygojone, odleżyny na stopach, głowie, kości ogonowej i krzyżowej, odbiałczony organizm, czyli albuminonemia, bo dzieciaki dostawały tam tylko kleik ryżowy, karetka w domu co drugi dzień. Żeby Kornela wyprowadzić z tego stanu wydałam w ciągu miesiąca ponad 10 000zł. A rehabilitacja pochłaniała dziennie od 200 do 300zł. Niestety, musiałam zrezygnować z pracy, bo nawet pielęgniarka, która przychodziła na dwie godziny stwierdziła, że nie zostanie sama przy moim synu.

                                     Za pół roku zaczął się temat z zębami: syn miał szczękościsk przez kilka tygodni i zęby bez szkliwa bardzo bolały, niektóre były ułamane, poszczerbione, zniszczone bardzo silnymi antybiotykami. I co się okazało? Odmówiono usunięcia lub wyleczenia zębów w narkozie, bo stwierdzono, że Kornel jest za bardzo obciążony. Gdy już Kornel poruszał prawą ręką i nauczył się mówić sylabami – wszystko się cofnęło przez głupi ból zębów.

                                            Zaraz po tym – ostry pęcherzyk żółciowy. Żaden szpital nie podjął się operacji, odesłano nas do domu na dolarganie. W akcie desperacji pojechałam  w niedzielę do profesora transplantologii, który właśnie wrócił z zagranicy i miał dyżur w klinice. W poniedziałek przyjął Kornela, dał mu izolatkę i dla mnie łóżko. We wtorek zrobił laparoskopię. Wróciliśmy do domu po trzech dniach.

                                             Nie będę pisać o tym, jak traktowano Kornela, gdy schodziły kamienie nerkowe, bo to nie jest do opisania. Nie będę też opowiadać o tym, jak ordynator oddziału urologii w Krakowie olał fakt wodonercza i nie przyjął Kornela na oddział, ani jak założono zakażony cewnik, po którym zrobiło się ropne zakażenie pęcherza moczowego i Sylwestra i Nowy Rok spędziliśmy w szpitalu, a lekarz dyżurny nie podał żadnego antybiotyku, czekając 3 dni na wynik posiewu. Gdyby nie pomoc Grażyny Walasek i terapii czaszkowo-krzyżowej, którą robiłyśmy niemal nieustannie, Kornel nie uszedłby z tego z życiem. Nie będę też pisać o tym, jak rozpadała się lewa nerka syna, a nas odesłano do domu, stwierdzając tylko, że ból jest ekstremalny.

                                          Toteż  mój syndrom białego fartucha ma pełne uzasadnienie i jest w skrajnej postaci. Wydawało mi się, że już te historie jak z horroru przepracowałam, wybaczyłam, wypłakałam. Bo przecież wyszliśmy z tego cało, to znaczy z życiem. A tu okazało się, że na dnie mojego serca jest jeszcze nieogarniona ilość gniewu i wściekłości… I żeby tylko na białe fartuchy…. Niestety, nie tylko. Na siebie samą też, chociaż w tym momencie to już niewiele.

                                   Jest jeszcze zadziwiający gniew na Wszechświat… Co wieczór i co noc staję na tarasie, patrzę w gwiazdy, a moje serce krzyczy: „Domagam się zdrowia dla mojego dziecka! Zwróćcie zdrowie, radość życia i szczęście mojemu synowi! Dość tego! Dość! Nic mnie nie obchodzi żadna karma, ani wina, ani odpowiedzialność, ani jej brak! Domagam się drugiej szansy dla Kornela! Dość cierpienia! Dość bólu! Dość rozpaczy! Dość bycia ofiarą i marionetką w rękach nie do końca jasnych reżyserów tego świata! Dość!” Powiem wam, że przy takim moim krzyku nawet aniołki siedzą cicho i nawet nie miaukną.

                                  Być może, że jeszcze mam zbyt małą moc, by przewrócić Wszechświat do góry nogami, jednak wiem jedno: przejdę przez ten proces, przepuszczę przez siebie ten ogrom gniewu i wściekłości. To już trwa cztery tygodnie… Wg Hawkinsa wystarcza 6 tygodni na uwolnienie i zintegrowanie każdej choroby, czyli wypartych emocji. I zawsze jest to droga do swojej coraz większej mocy.

                                 Toteż nie przejmujcie się, że ten wpis jest właśnie taki, bo jest terapeutyczny. Ma mi pomóc wywalić to, co siedzi we mnie od 12 lat. A że jest to akurat wściekłość, złość i gniew pomieszana z rozdzierającym żalem, płaczem i bólem, to akurat nie mój wybór. Wiem, że jest to proces bardzo mi potrzebny i uwolnienie tych „brzydkich” emocji jest jedyną drogą uzdrowienia.

 

7 myśli na temat “Desperacja, czyli o doktorach i medycynie chińskiej

  1. Czuć to, powiem tyle ze szewc boso chodzi, zadziwiająco łatwiej jest pomoc komus niz sobię wiec może wiecej empati , współczucia i zrozumienia?? No o Miłości do siebie ludzie przez brak tego sotatniego krzywdzą siebie i innych zapelniakac to puatymi sloganami,, ambicjami” ,pobudkami i potem odbij się to na innych ludziach i swiat wydaje sie taki zepsuty i bez duszny, chcemy by ktos cos zrobił za nas tyle ze to my mamynskbie z tym poradzic, pomoc a nańczenie to 2 różne sprawy, kojarzysz pewnie to orzyskowie ozeby dać głodnemu wędkę a nie rybę?? Inaczej bedzie uzależniony od takiej pomocy, według mnie ci specjaliści powinni byli dac ci wędkę( wiedzę zalecenia) by ulżyć bo tak czy siak sie opiekujesz kornelem a tu jeszcze ktos kreci śrubę, w Polsce nie tylko wobec ludzi domagających sie specjalnej opieki medycznej sie tak traktuje, dużo osob czeka w stanie OIOM -owym na operacje ktora bedzie ledwo za parę miechów w najlepszym przypadku… Sam sie zastanawiam czy te sytuacje są wyjęte z pod kontroli ze to tak jakby ktoś sie miał nauczyc olywac w sztucznym zbiorniku z prądami ale pracują tam sadyscu i ci co sie uczą zamiast wpisanego poziomu trudności muszą sie uczyć podczas sztormu wbrew swojej woli.

    1. Dzięki 🙂 ja już to ogarnęłam: po prostu nie chodzę do lekarzy medycyny konwencjonalnej, bo nie potrzebuje. 🙂 Teraz mi wywaliło emocje sprzed lat, bo chcę pójść dalej, a one są blokadą. Gdy byłam zielona jak szczypiorek, słuchałam i bałam się lekarzy. Teraz nie muszę i nie potrzebuję. Jak polityka jest piątym kręgiem piekła tak szpitale i lekarze medycyny konwencjonalnej – szóstym. Poczekaj, Gabriel, za dwa tygodnie będę nówka-neonówka, zero nadciśnienia, a Moc będzie ze mną 😉

  2. Dużo przeszliście ale może warto spróbować przestać się obwiniać bo robisz i robiłaś wszystko co tylko można sobie wyobrazić dla swojego dziecka, a pewnych zdarzeń nie przewidzimy. Lekarz taki czy inny to tylko człowiek i może ten po prostu jest za cienki na Wasz przypadek i spękał krótko mówiąc. Rozumiem emocje ale przyczyna odmowy leczenia może być całkiem prozaiczna, brak wystarczającej wiedzy. Życzę Wam zdrowia i żebyś sobie wybaczyła i nie katowała się więcej, przestała po nocach rozpaczać bo doskonale wiesz jak to odbiera Wszechświat, a ten jest bezwzględny i przyciagamy to, o czym myślimy. Jeżeli karmimy się negatywizmem, prawdą bezwzględną, smutkiem, poczuciem niesprawiedliwości to właśnie to będziemy otrzymywać. Pozdrawiam Cię Betnadetto

    1. Spokojnie 🙂 Beatko. To tylko mój proces. Ja się nie obwiniam aż tak głęboko, ani nie katuję bez opamiętania. Ten tekst jest tylko elementem procesu, umiem zachować dystans na tyle, żeby wiedzieć, że są to stłumione emocje z 12 lat i po wywaleniu ich szybko się zintegrują i… wyjdzie słońce 🙂 Ale masz rację, że doktorek po prostu był za cienki – zawsze taki wniosek wyciągam, gdy ktoś mnie nie chce albo Kornela 🙂 🙂 🙂

Dodaj komentarz