Efekt Merlina

                                        Magia…, moc…, czary…, natychmiastowa skuteczność… Któż by tego nie chciał? Tym bardziej, że to tematy dzieciństwa zarówno z bajek w telewizji, jak i z opowiadań babci, mamy…  A potem rozczarowanie…. Do dziś pamiętam, jak parę lat temu kupiłam 3-letniej siostrzenicy przebranie wróżki na bal maskowy, a jej starszy o 2 lata brat wziął  czarodziejską różdżkę, po chwili wrócił z nią  i odłożył z niesmakiem pomieszanym z totalnym rozczarowaniem na twarzy i w głosie, mówiąc: „Nie dziaaałaa…”

   

                                                 Jak to jest z tą skutecznością? Co działa, co nie działa? Czy potrzebne są techniki i metody rozwoju duchowego, uzdrawiania i pracy z energią? Czy też wystarczy tak zwane słuchanie siebie?

PROSTA WIZUALIZACJA

                                          Bardzo lubię Adamusa Saint Germain, bo idealnie trafia w moje przekonania, jest cierpliwy, ale wymagający i nie owija w bawełnę. Trochę szorstki w swoich wypowiedziach, czasem zanadto nawiedzony, ale ogólnie ustawiony na skuteczność w swoich poradach dla ludzi. Chyba ze dwa lata temu przeczytałam albo w książce „Mistrzowie Nowej Energii” albo w „Grze Świadomości” o Merlinie – gościu z przeszłości o wielkiej mocy i umiejętnościach, który pojawiał się w różnych miejscach w Europie i w różnych czasach. Pewnie każdy wie, o kim mówię, bo był w TV cały serial o przygodach Merlina. W każdym razie Adamus Saint Germain podawał go jako przykład do pewnej techniki wizualizacyjnej, którą proponował jako sposób na Moc.  Mianowicie tłumaczył, że każdy z nas gdzieś tam w przyszłości, w jakimś wariancie rzeczywistości jest już istotą oświeconą!!  A to oznacza – przy założeniu, że czas jest względny, bo przecież swobodnie możemy się cofać do przeszłości – we wspomnieniach chociażby – że możemy również zaprosić do siebie kogoś z przyszłości. I tą najfajniejszą osobą, którą możemy zaprosić do siebie jesteśmy my sami w wersji oświeconej – że tak powiem trochę mało elegancko 🙂 Technika prosta, wręcz banalna, ale zachwyciła mnie w swej prostocie i oczywistości. Co ja mam się sama użerać z tym życiem, w którym co rusz czegoś nie rozumiem, coś nie wypala, coś nie działa? A niechżesz się tym zajmie moja wersja oświecona. Tym bardziej, że ktoś obcy mógłby się wykręcić i nie mieć dla mnie czasu, ale ja sama i to w wersji doskonałej? Oczywiście, ze warto z tym popracować.

                                           Gdy zrobiłam sobie pierwszy raz taką sesję z sobą samą oświeconą, efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Widziałam  świetlistą postać w długich szatach, coś na kształt anioła, całą oblaną białym światłem i dzielącą się ze mną tym światłem. Odczucia miałam super świetne: pełna akceptacja, radość, zaufanie. Po wizualizacji jeszcze długo czułam się pozytywnie nakręcona, pełna sił i optymizmu. No, ale za drugim razem już nie było tak świetnie. Ani skutecznie.” Co jest?” – zastanawiałam się – „nie działa, czy co?” Przejrzałam moje myśli i emocje dotyczące tego tematu. I okazało się, że pojawiły się wątpliwości, czy to jestem ja. Bo ja w tej wersji doskonałej wyobrażałam sobie siebie jak typowa baba: powinnam być szczupła, zgrabna, ładna, młoda. A tu masz: jakaś bezcielesna istota i to mam być ja? Nawet jako oświecona miałam potrzebę wyglądania jak kobieta, a nie jak anioł w koszuli nocnej. Przy takich wnioskach zrezygnowałam na pewien czas z wizualizowania siebie oświeconej.

                                              Jednak pojawił się w moim życiu temat wiedźm, czarownic, dakiń. Dość powiedzieć, że moja własna mama od dzieciństwa częstowała mnie takimi epitetami, zwłaszcza, gdy poczochrały mi się włosy, których nie pozwalałam ściąć i mama musiała je rozczesywać. Poczytałam, podumałam i zrobiłam sobie wizualizację siebie oświeconej w wersji, która mi odpowiadała. Nie będę zbyt szczegółowo opisywać, w każdym razie zaspokajała moje babskie ego i poczucie piękna, no i zamiast paradować w koszuli nocnej, była ubrana z zwykłą „miniówkę” albo skórzane „rurki”. Dość mocno przypominała laskę z obrazka, który zamieściłam do tego wpisu, tylko włosy miała ciemne i podobna była do mnie z lat młodości. Trochę tez do postaci bajkowych z dzieciństwa… 🙂  A dodatkowo miała moc, wiedzę, mądrość, akceptację i parę innych cech, które – moim zdaniem – przynależą istocie oświeconej. No i od tej pory technika Efekt Merlina należy do mojego stałego i ulubionego zestawu codziennych praktyk duchowych. 🙂 Każdego dnia jest skuteczniejsza, każdego wieczoru zasypiam dzięki niej z uśmiechem i głębokim spokojem, pomimo że moje życie do najłatwiejszych nie należy.

 

SKUTECZNOŚĆ

                                        Spotkałam się niejednokrotnie ze stwierdzeniami, że terapie naturalne, metody wizualizacyjne, czy też inne techniki pracy z energią nie działają, są nieskuteczne. W ciągu ostatnich kilku lat poznałam kilkadziesiąt metod, technik, terapii naturalnych, opartych na pracy z energią, z emocjami, z przekonaniami, sporo technik psychoterapeutycznych. Niektóre weszły na stałe do mojego repertuaru codziennych praktyk, inne – odpadły. Z jakiego powodu? Moją dewizą było zawsze twierdzenie: jeżeli coś jest łatwe i ma mi pomóc, to dlaczego miałabym tego nie robić. A po drugie ma być skuteczne. Skuteczność zawsze sprawdzałam na sobie i na moim synu. Coś, co pomaga mojemu synowi – pomoże też każdemu, bo sprawdza się w ekstremalnych sytuacjach – w takich jest mój syn 🙂 Proste.

    Jednakże czasem bywało tak jak z efektem Merlina, zrobiłam raz – zadziałało, za drugim razem – nie zadziałało, więc zostawiałam. Ale po pewnym czasie zdarzało się coś, co sprawiało, że wracałam do danej metody. Tak było też z uzdrawianiem kolorową praną. Po pierwszym stopniu warsztatów byłam rozczarowana: człowiek się namachał, namachał, a efekty mizerne.  Dopiero po dwóch latach zrobiłam drugi stopień z tej techniki i doceniłam jej moc. No więc, różnie bywa.

                                                 W każdym razie , żeby technika działała i była skuteczna musisz ją poczuć tak mocno jak – nawet bym powiedziała –  pewne olśnienie. Po prostu cię zachwyci. Wiesz, że to jest to i tyle. Niestety samo olśnienie i zachwyt nie wystarczą. Dopiero codzienna, systematyczna i wytrwała praktyka zwiększa skuteczność metody wprost proporcjonalnie do ilości wykonanych praktyk. Nie na darmo mówi się, że wystarczy jakąś – jakąkolwiek – czynność wykonać 10 000 razy, by być w niej mistrzem. To jest prawda.

                                   Dlatego nie przeczę, że jakaś technika, która u mnie była nieskuteczna dla kogoś innego jest idealna. Może tak być. To kwestia rezonowania z daną metodą i systematyczności pracy z nią. 

 

KORZYŚCI Z PRACY TECHNIKĄ EFEKT MERLINA

                                                  Był czas, gdy do naszego domu średnio co miesiąc przyjeżdżali rinpoczowie, mnisi buddyjscy, uzdrowiciele z różnych stron świata. Taki rinpocze nie zachowuje się jak zwykły polski uzdrowiciel. Wiedziałam, że najpierw dostanę pytanie: czego od niego oczekuję? Żeby nie było, że oczekuję cudów – co zresztą było prawdą – wymyśliłam, że poproszę, żeby sobie posiedział przy Kornelu i dam mu wolną rękę. Zauważyłam bowiem – chodząc do lekarza Dalajlamy po ziółka dla syna – że siedząc naprzeciwko Tenzina Rinpocze, czułam się idealnie: nic mnie nie bolało, byłam spokojna, rozluźniona. W myśl przysłowia: z kim się zadajesz, takim się stajesz. Stąd też przekonanie wielu, również tych wielkich, choćby Ekharta Tolle, że sama obecność zmienia. Właściwie to  „obecność” powinnam napisać przez wielkie „O”, bo chodzi o tę Obecność z szerokiej akceptującej przestrzeni serca. Toteż praktykując Efekt Merlina mamy bezsprzecznie dostęp do takiej właśnie czystej, głębokiej Obecności i to naszej własnej. Bezcenne!

                                                  Według psychologii procesu naszą osobowość tworzą nie tylko cechy naszego charakteru, nawyki i przekonania, ale również marzenia, pragnienia i wyobrażenia. Zważywszy, że stałą cechą naszego charakteru staje się nawyk, który wykonujemy systematycznie przez ok. 2 lata, to takie wyobrażenie nas samych w wersji oświeconej stanie się  również w którymś momencie niepodzielną częścią składową naszej osobowości.

Co więcej wizualizacja siebie samego oświeconego niesamowicie pomaga w pracy nad sobą, zwłaszcza z niską samooceną, wewnętrznym krytykiem, docenieniem siebie i – rzecz jasna – kochaniem siebie. Każdy cel staje się łatwiejszy do osiągnięcia, gdy ma się takie wsparcie.

    A na podsumowanie zostało pytanie:

Czy potrzebne są techniki, metody, warsztaty rozwoju osobistego, czy też wystarczy tak zwane słuchanie siebie?

Zacznę od tego, że uczyłam się od szkoły podstawowej aż po studia (w sumie okrągłe 17 lat) samych głupot. Nic z tej wiedzy nie przydało mi się w codziennym życiu, ani nie doprowadziło mnie do mądrości. Za to kilka miesięcy dziwnych transów, które zdarzyły mi się po wypadku syna ( więcej na ten temat jest w innych wpisach) otworzyły nowy rozdział w moim życiu, zapoczątkowały totalną transformację mojego światopoglądu, sposobu odczuwania i przeżywania świata i siebie. To była inicjacja do nowego życia. Jednak bez wiedzy i umiejętności, która zdobyłam na warsztatach wszelakich nie potrafiłabym ani stosować, ani wykorzystać tego, co otrzymałam w transach. Warsztaty, książki i systematyczna praca dały mi pewność, że to, co robię działa i że to, co robię nikomu nie zaszkodzi.

Pewnie, że jakbym się uparła, to może doszłabym do swoich technik, kilka nawet się pojawiło spontanicznie i z powodzeniem je stosuję. Jednak trwałoby to dłużej i w mojej sytuacji było nie do przyjęcia.

                                                            Poza tym: po co wyważać otwarte drzwi? Jeśli ktoś zajmuje się rozwojem duchowym i uzdrawianiem kilka lub kilkadziesiąt tysięcy lat, tacy choćby Hindusi robią to od 20 000 lat 🙂 , to z pewnością wie sporo na ten temat i można z tego skorzystać. Tym bardziej, że w naszych czasach nie jest to już wiedza tajemna zarezerwowana tylko dla wąskiej garstki wybranych. Powiem więcej: jest zwykłą ignorancją oraz zaniedbaniem wobec siebie nie skorzystanie z tego.  Dlatego, gdy słyszę lub czytam: „Wszystkie odpowiedzi masz w sobie. Słuchaj siebie. To wystarczy”, włosy mi się jeżą nie tylko na głowie. Uważam, że jest to najbardziej szkodliwe uproszczenie tematu rozwoju osobistego, jakie kiedykolwiek się pojawiło.

                                                     Z innej jednak strony na to patrząc, nawet jeśli nic nie robisz w kierunku swojego rozwoju, ani nie chodzisz na żadne warsztaty, czy też uważasz, że wszystko masz w sobie i to wystarczy – to też się rozwijasz na swój sposób. Bo życie ma to do siebie, że samo uczy 🙂

Dodaj komentarz