Gdy szukasz Boga

                      … każdy ma swojego Boga i każdy ma swoje własne wyobrażenie miłości. Mam i ja… 🙂

Mój Bóg…

                                   Podczas praktyki oddechowej „wywaliło” mi temat braku Boga w moim życiu, no i, że przydałby mi się taki zmaterializowany do pomocy. Z wielu kątów powyłaziły moje i nie-moje przekonania o Bogu: „Bóg to ten, który karze…, to taki gość, którego nigdy nie ma, gdy się go woła i jest najbardziej potrzebny…, Bóg to miłość… – ale ja nie wiem, co to jest miłość…, Bóg to Źródło ale ono jest tak daleko…, Bóg to Światło – ale ono jest takie zimne i bezosobowe… ” – pół nocy przyglądania się takim przekonaniom o Bogu, wymęczyło mnie całkiem. I wtedy cichutko przyszedł do mnie – jak co noc, jak co dzień – mój Tuptuś i wtulił się w moje ramiona i od razu zaczął pochrapywać z zadowolenia, czując moje palce na swoim futerku… A ja się uśmiechnęłam z radości, że jest blisko i czuję jego ciepło. I olśnienie! Mam swojego Boga, Boga zmaterializowanego. I to już od 5 lat! To mały Tuptuś – piesek, york kudłaty! W życiu bym nie podejrzewała!

                                     Przyglądam się temu dokładniej ze wszystkich stron: czy to możliwe? Więc, po pierwsze: Tuptuś jest blisko ze mną w najtrudniejszych chwilach mojego życia, zwłaszcza w nocy, gdy czuwam przy cierpiącym Kornelu i wtedy podnosi mnie na duchu.

Po drugie: gdy mam doła, wystarczy, że o nim pomyślę i gęba mi się rozjaśnia uśmiechem.

Po trzecie: niczego ode mnie nie chce, nie potrzebuję go czcić, składać ofiar, prosić o łaskę, wystarczy, że go przytulam, no i rano oczekuje plasterka szynki.

Praktycznie bezobsługowy Bóg, w sam raz dla mnie, nie narzuca się, nie grozi, zawsze jest cieplutki, cichutki, totalnie i bezgranicznie mnie akceptuje i uwielbia moje pieszczoty.

Daje mi radość, ciepło i swoją nieustającą obecność i bliskość – Bóg totalnie na moją miarę, całkiem malutki, a tak wielki w swojej mocy, bo zmienia moje serce, umysł i ciało.

Jak się uczyłam rozmawiać ze zwierzętami…

                               Wymyśliłam sobie, że dla mojego syna potrzebny jest mały psiak, który mógłby lizać jego stopy, gdybym je posmarowała na przykład śmietaną. Chodziło o to, żeby wróciło czucie w ciele Kornela. To było rok po wypadku. I pewnego ranka pani, która sprzedawała w sklepie i której powiedziałam o moim pomyśle, zapukała do drzwi, trzymając na rękach czarnego szczeniaka. Był dość spory, ale nikt nie wiedział w jakim jest wieku, ani jakiej jest rasy. Po kilku miesiącach okazało się, że to chart polski, naprawdę duży, pięknie zbudowany pies i do tego cały czarny. No i nie pies, tylko suczka. Dostała imię Fikusia. Dopóki była mała, mój najmłodszy syn chętnie wychodził z nią na spacery, jednak w pewnym momencie okazało się, że nie jest w stanie utrzymać jej na smyczy. Ja w ciągu dnia nie miałam możliwości, żeby z nią wyjść, właściwie wychodziła tylko na chwilę wieczorem, żeby się załatwić. Widziałam, że Fikusia coraz gorzej się czuje i zwyczajnie potrzebuje pobiegać.

                               Co tu zrobić? – pomyślałam i usiadłam w zamyśleniu naprzeciwko niej, trzymając ją lekko za przednie łapy. I usłyszałam: „Przecież mogę sama pobiegać”. Ups…. „że co?” – zaskoczenie było pełne. To nie była moja odpowiedź, a ponieważ była druga w nocy i idealna cisza wokół, zarówno w mieszkaniu, jak i na ulicy, nie mogłam znaleźć żadnego sensownego nadawcy tych słów. W zasadzie to nawet się nad tym wtedy nie zastanawiałam, bo Fikusia położyła mi łapę na ramieniu i polizała po ręce. A ja w myślach odpowiedziałam jej: „No dobra, tylko żebyś wróciła, jak cię zawołam i biegaj tylko po parku”. Wypuścilam ją i przez cały czas, gdy biegała, widziałam „w głowie”, gdzie jest. Po drugiej stronie ulicy był park, w nocy całkowicie pusty, w ktorym Fikusia mogła bezpiecznie się wyhasać. Gdy chciałam, żeby wróciła, przywoływałam w wyobraźni obraz jej pyska i zwyczajnie w myślach zawołałam: „Fikusia, wracaj”. Prawie 2 lata i niemal co noc wypuszczałam Fikusię na takie spacery. Stała się mi bardzo bliska.

                                  W tym też okresie syn miał zespół stresu pourazowego, a ja byłam panicznie zmęczona, bo spałam po 2 godziny na dobę. Którejś nocy nie miałam już sił, żeby wstać do Kornela, gdy się zbudził i źle się czuł. Leżałam bezradnie na kanapie pod kocem i nie mogłam podnieść głowy, a Kornel krzyczał coraz głośniej. Łzy mi spływały po policzkach, bo wyglądało na to, że nie uda mi się wstać do syna. Poruszyłam nogami i pod stopami wyczułam sierść Fikusi, zwyczajnie spała przy mnie. I pomyślałam sobie, że potrzebuję siły Fikusi, więc zapytałam ją, czy może mi pomóc. Uslyszałam, że tak. „No jasne, zaraz pies wstanie i da pić Kornelowi” – z ironią pomyślałam o swojej głupocie.

I w tym momencie poczułam, jak od stóp, które opierałam o ciało Fikusi, płynie energia, taka dość ciężka, powolna i zdecydowana, przez całe moje ciało. Odczucie było przyjemne tak samo, jak zaskakujące. Trwało może kilka, może kilkanaście minut. W każdym razie w pewnym momencie wstałam lekko z kanapy wypoczęta i świeża. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że Fikusia była moją pierwszą bioenergoterapeutką.

 O miłości i polu serca…

                              Sporo i na okrągło słyszę, czytam tekstów o miłości tej prawdziwej o działaniu z pola serca i prawdzie, głosie serca, mądrości serca i wiele innych w ten deseń wypowiedzi. I niestety, za każdym razem zapala mi się czerwona lampka. Zastanawiałam się, dlaczego? I oto moje wnioski. Przede wszystkim dlatego, że zawsze, gdy ktoś w moim życiu mówił o miłości – to kłamał. Tak było w kościele. Dość wspomnieć, że w dzień, w którym była Msza w intencji wyzdrowienia mojego syna (chyba tydzień po wypadku) ksiądz zrobił kazanie o polityce, a w konfesjonale nie było żadnego duchownego, żeby koledzy i koleżanki Kornela poszli do spowiedzi, a potem do komunii. Tak było też w moich relacjach z eksmężem. Równie odstraszające były rozmowy z różnymi ludźmi na temat miłości. Zawsze każdy rozmówca zupełnie odmiennie rozumiał słowo „miłość” i zawsze było to rozumienie płytkie. Nie powiem, że fałszywe, bo przecież każdy ma prawo do swojej prawdy. Wydaje się więc, że używanie słowa „miłość” jest po prostu manipulacją, bo nie ma pewnie na ziemi człowieka, który rozumiałby je tak samo. Co więcej większość ludzi jednak ma pozytywne skojarzenia ze słowem miłość lub się okłamuje, że takie ma albo chciałoby takie mieć.

                                           Jeśli więc ktoś pisze długi elaborat pt. „Istnieje tylko miłość”, to każdy go przeczyta, choćby z ciekawości, na jakiej podstawie ktoś zaprzecza rzeczywistości 3D, w której akurat miłość jest ewenementem. Jak to jest z tą miłością? Abstrahując od faktu, że jest macierzyńska, ojcowska, braterska, małżeńska, młodzieńcza, fizyczna, duchowa, uniwersalna, transcendentalna i pewnie jeszcze parę innych odmian, skupmy się na istocie tego słowa. O co chodzi? Odpowiedź znajduję każdego dnia, gdy patrzę na mój zwierzyniec. Psiak, gdy chce wyrazić, co czuje do swego pana, robi prostą rzecz: wlepia swoje wierne  ślepia w pana, merda ogonem i milczy. Wcale nie szczeka, nie ma takiej potrzeby. Jest czytelny? – Jest. Dla każdego. Nie znam człowieka, którego nie ucieszyłby taki widok i nie poprawił mu humoru.

                                       Tak sobie więc myślę, że powinien być całkowity zakaz używania słowa „miłość”, być może wtedy ludzie nauczyliby się ją okazywać. Tak zwyczajnie, jak robią to choćby psy: dając akceptację

 i zrozumienie w milczeniu i radości.

Dodaj komentarz