HOJNOŚĆ DLA SIEBIE

             

                         Hojność to cecha bogów. Takie jest moje zdanie. Bo jest to obdarzanie tym, co najlepsze w obfitości. Raczej więc trudno przypisać tę zaletę ludziom.

A jednak…

                          A jednak każdego dnia jesteśmy obdarzani i obdarzamy innych. Czym? Głównie energią. Jest to energia emocji, przekonań, wyobrażeń… Nie? Czyż nie czujesz energii, którą dostajesz, gdy warknie na ciebie szef? Albo osoba bliska skrytykuje tak, że suchej nitki na tobie nie zostawi? To jest dar. Oczywiście, można dyskutować nad jakością tego daru i czy w ogóle można go zakwalifikować do działu: „Hojność”. Ale to jest dar, bo to jest energia. Jak każdy dar można ją przyjąć lub nie…

Przyjrzyj się uważnie, kiedy rozmowa z drugim człowiekiem osłabia cię. W jakich sytuacjach i z kim czujesz się jak balonik, który ktoś przebił szpilką? Byłeś radosny i nagle ktoś jednym słowem, gestem, zdaniem zmiótł całą radość i zostało tylko zniechęcenie. Zdarza się?

                          Warto pamiętać, że ludzie chętnie dzielą się tym, czego mają w nadmiarze. Toteż łatwo już po kilku słowach  zauważyć, co człowiek ma nam do dania. Jeśli tylko narzeka, krytykuje albo poucza i wie lepiej, mówię krótko: „Przestań! Obniżasz mi wibracje. Ja wolę być radosna i spokojna”. To są toksyczne zachowania i najczęściej jedyną drogą uwolnienia się od  wpływu takich ludzi  jest zerwanie znajomości. Chociaż tak naprawdę każdy ma  nadmiar niskich emocji z jakiegoś zakresu i każdy ma z czym pracować. Toteż lepiej sobie życie ułatwiać i unikać tych, którzy tylko dokładają negatywności. Unikam ludzi, którzy mnie nie szanują, nie doceniają, nie mają dla mnie czasu, oceniają i nie dają przestrzeni do bycia sobą, czyli nie akceptują. Uwolnienie się od toksycznych, niskowibracyjnych ludzi to doniosły akt hojności wobec samego siebie. Bo życie jest bardzo krótkie i angażując się w relacje niskowibracyjne, nieszczęśliwe nie mamy żadnej szansy, żeby zaistnieć na szczęśliwych liniach życia.

       

                    Łatwo powiedzieć. Jeśli są to tylko znajomi, koleżanki lub koledzy to rozluźniamy znajomość, coraz rzadziej dzwonimy, rzadziej się spotykamy, w końcu relacja odpada. Ale gdy są to osoby bliskie: partner, rodzic, dziecko, to nieraz jest to proces trwający lata, wyniszczający i zamykający jakąkolwiek drogę zmiany i wzrostu.

             

                              Środowisko ludzi, w którym się obracamy ma ogromny wpływ na jakość naszego życia, realizację celów i rozwój, ponieważ kształtuje nasz cały system energetyczny: sposób reagowania na bodźce, kody mentalne, całą emocjonalność i uczuciowość, postrzeganie siebie, innych i świata. Nie potrzeba żadnych reptilian, iluminatów i tym podobnych dziwadeł, w zupełności wystarczą nasi rodzice, dziadkowie, koledzy, koleżanki, partnerzy życiowi, rodzeństwo.

SZCZELNE GRANICE

                          Polacy mają w sobie super mocne dwie postawy psychiczne: „ofiary i kata”. To są groźne zachowania. Owocują wyniszczeniem osobowości i brakiem szacunku dla samego siebie. W zasadzie to kościół katolicki ponosi odpowiedzialność za takie nasze schematy mentalno-emocjonalne. Kwestia posłuszeństwa wobec starszych, przykazań i kary, ostre ocenianie i piętnowanie, nawet wykluczanie, a przy tym rozliczanie choćby poprzez spowiedź i rozwinięte do monstrualnych rozmiarów poczucie winy. Od tysiąca lat ten schemat funkcjonuje w umysłach polskich matek i ojców, więc trudno się dziwić, że jest jak jest.

                     Tymczasem zdrowe i budujące jest jedynie dawanie przestrzeni do bycia sobą. Dziecko ma prawo wyrażać siebie, swoje zdanie, ma prawo do szacunku i uwagi dorosłych i do swoich wyborów. Ale większość rodziców tego nie rozumie i wychowanie opiera na rozkazach, zakazach, krytyce i ocenie. Taki schemat z dzieciństwa zostaje w człowieku już na zawsze albo do momentu, gdy zda sobie sprawę, że już tak nie chce i że to nie jest jego. W sumie nie jest prosto wyjść z roli ofiary, zważywszy, że  w polskiej ezoteryce też obowiązuje błędne przekonanie o karmie jako o czymś, na co mamy się zgadzać.

                    Typowa ofiara ma dziurę energetyczną przynajmniej w jednym miejscu systemu energetycznego. Jest to czakra Meng mein, często nazywana nerkową, znajdująca się na wysokości drugiej czakry głównej Swadisthana , ale na plecach, czyli na odcinku lędźwiowo-krzyżowym. Takie osoby chorują na nerki, mają poważne kłopoty z tą częścią kręgosłupa i są łatwym łupem każdego wampira energetycznego. Ich bycie ofiarą wynika z nieprzepracowanych lęków wynikających nieraz z trudnego dzieciństwa albo innego etapu życia. Na ogół mają potężny potencjał energetyczny, ale zablokowany. Dziurawa Meng mein oznacza, że mamy w życiu kogoś, kto stale „wchodzi nam na nerki” – jak ja to powiadam – czyli narusza naszą przestrzeń, a to przez mówienie  co, mamy robić, rozkazy i krytykę, wymuszanie i szantaż. I niestety, na ogół bardzo trudno jest powiedzieć „nie” takiej osobie-wampirowi, bo ma nad nami władzę. Jest więc na przykład szefem, który nadużywa swoich kompetencji, mężem, którego się boimy, żoną-histeryczką, która płaczem lub awanturą wymusza na nas to, czego chce albo matką o podobnych cechach. Trzeba sporo wysiłku włożyć, żeby zacząć mówić głośno o swoich uczuciach będąc w takim układzie emocjonalnym. Ale jest to dość skuteczna metoda, gdyż najczęściej  „kat” nie zdaje sobie sprawy z tego, że nim jest. Bowiem „ofiara” – nigdy dotychczas nie protestowała na takie traktowanie, więc, gdy to zrobi, na ogół mocno to porusza  „kata”. A później trzeba już tylko bardzo pilnować swoich granic, stawiać je za każdym razem, gdy  „kat” się zapomni i wraca do starych nawyków.

                                Zdarza się też, że „kat’ jest mało inteligentny i sztywny w przekonaniach i wtedy jedynym wyjściem jest odcięcie się od niego, czyli krótkie: „pa, pa”. Gdy przeczytałam to ostatnie zdanie, sama się z siebie pośmiałam, bo – jak 11 lat byłam w toksycznym związku małżeńskim – to niemal tyle samo trwało moje „pa, pa”. Ale da się.

                              Kolejna dziura energetyczna  na plecach może być związana z czakrą serca. Do tylnej czakry serca podpinają się wszyscy ci, którzy głośno mówią, że chcą nam pomóc, że im na nas zależy i składają wiele pięknych deklaracji i… i na słowach się kończy. To wszyscy ci, którzy nadużyli naszego zaufania, wykorzystali naszą wrażliwość i otwartość, wykoślawili słowo „miłość” i zniszczyli w nas coś bardzo cennego: zaufanie do ludzi, a przez to i do nas samych.

                            Wiarę w siebie i własne możliwości odbierają nam ludzie, którzy wampirzą na naszej czakrze spełnienia zawodowego, znajdującej się na karku, na wprost czakry gardła. Jeśli rodzic w dzieciństwie wytrwale nas przekonywał, że nic dobrego z nas nie wyrośnie i inne takie, w ten deseń, to z pewnością spotkamy kogoś, kto to powtórzy w życiu dorosłym i bardzo wzmocni, bo mamy ewidentną dziurę energetyczną  w tej czakrze. Uszkodzona czakra spełnienia zawodowego to nie tylko zmiany w odcinku szyjnym kręgosłupa, ale też brak satysfakcji z pracy zawodowej, poczucie niespełnienia i braku sensu swojego życia, zresztą zawsze głęboko chowane.

                     Gdy zaś otrzymywaliśmy w dzieciństwie mnóstwo obietnic, które nigdy nie zostały spełnione, przyrzeczeń i zwykłych kłamstw, to mamy do czynienia z dużą krzywdą, która rodzi zwątpienie we własną wartość i przekonanie, że nie zasługujemy na nic wartościowego. Dodatkowo dostaliśmy wtedy w prezencie cała górę fałszywych przekonań, niespójnych wyobrażeń, co rodzi zagubienie i sporo innych znacznie poważniejszych konsekwencji. Mamy więc ubytki energetyczne w tylnej czakrze trzeciego oka, mogą też być w czakrze czołowej i ciemieniowej. Wtedy w dorosłym życiu trafiamy na ludzi, którzy ciągną od nas energię poprzez hak mentalny.

                               W tej całej złodziejskiej – co by nie było – wymianie energetycznej zarówno „ofiara”, jak i „kat” zmieniają się rolami. Bo przecież prawo równowagi obowiązuje nieustannie w naszym świecie. Toteż w takim układzie obydwie strony wymiany  mają przynajmniej dwie źle funkcjonujące czakry. Jeśli więc słuchamy i wykonujemy cudze rozkazy, zgadzamy się, żeby ktoś rządził naszym życiem, to oddana energia tej osobie sprawia, że jesteśmy osłabieni, więc odzyskujemy ją nie odzywając się do tej osoby lub robiąc jej awanturę, chcąc pociągnąć energię z tylnej czakry serca lub tylnej gardła albo zarzucamy hak mentalny. Jeśli nasz kat, czy też wampir jest zbyt silny, szukamy kogoś słabszego i wobec niego odgrywamy rolę „kata”. Najczęściej są to nasze dzieci. W ten sposób schemat „ofiara- kat” przechodzi na następne pokolenie.  I tak to się kręci….

                          Zauważenie, gdzie mamy ubytki energetyczne jest najważniejszym krokiem w kierunku budowania swojej suwerenności i umiejętności stawiania granic. Nie ma rozwoju bez rozpoznania swoich słabych, czy też czułych punktów.   Bo integralność i spójność to podstawa do bycia sobą.

                  Kolejny krok to nauczenie się mówienia „nie” – to słowo odpowiednio powiedziane wyznacza granice, jak daleko pozwalamy komuś korzystać z naszej energii. „Nie chcę”, „nie zgadzam się”, „przestań”, „dość”, „zostaw” – to są skuteczne komendy na każdego wampira energetycznego, pod warunkiem, że stać nas  na konsekwencję i stanowczość. Te ostatnie z kolei są możliwe dopiero wtedy, gdy osiągniemy odpowiedni pułap świadomości i odwagi, co wiąże się z podwyższeniem wibracji. Świadome podwyższanie wibracji i praca ze swoją energetyką dają w efekcie umiejętność zarządzania swoją energią. 

Dokładnie o wszystkich rodzajach wampirzenia – czyli naruszania granic i zwykłej kradzieży naszej energii – opowiem w osobnym wpisie.

                            Stawianie granic, świadomość swoich czułych miejsc (ubytków, dziur energetycznych) i praca z nimi a w konsekwencji umiejętność zarządzania swoją energią to niezbędny element nie tylko rozwoju osobistego, ale też zdrowia fizycznego i psychicznego. Gdy to robimy – jesteśmy hojni dla siebie bez dwóch zdań.

CZAS I UWAGA

               

                     Poświęcaj czas na to, czego chcesz. Jeśli naprawdę czegoś chcesz, to jesteś zaangażowany i znajdujesz czas na realizację celu, który sobie wyznaczasz. Ile czasu poświęcasz sobie?

Wystarczy spojrzeć na najprostszą czynność, jaką wykonujemy codziennie dla siebie: prysznic. Nie wiem, czy znajdzie się wielu, którzy biorą prysznic dłużej niż 5 – 7 minut. No, ale po co dłużej? – zdziwi się niejeden.

                    I  tutaj zwrócę uwagę na dwa ważne dla każdego elementy: ciało i żywioł wody. Prysznic to jedna z niewielu okazji, gdy możesz sobie okazać delikatność, opiekę i wdzięczność. Dotyk jest najsilniejszym ze wszystkich zmysłów, najdłużej zostaje w pamięci i ma największy wpływ na naszą psychikę. Toteż biorąc prysznic, warto okazać sobie troskę, akceptację i serdeczność; traktować prysznic jak krótką wersję masażu dającego relaks, ale też podziękowanie naszemu ciału oraz docenienie go. Gdy przy tym uświadomimy sobie, jaką moc i wartość ma żywioł wody – prysznic stanie się jedną z lepszych terapii uzdrawiających dla naszego ciała. Bowiem  woda nie tylko oznacza oczyszczenie, to również życie. Żywioł wody związany jest z drugą czakrą sakralną, która znajduje się w dolnym tantiemie, gdzie jest 70% naszej energii życiowej. Z kolei druga czakra to również czakra matki, czy też nasz żeński aspekt. W żywiole wody znajduje się również wiedza. Tyle elementów możemy aktywować podczas jednego banalnego prysznicu. I tak zwykła czynność może stać się techniką duchowego rozwoju.

                             Można włączyć do czasu spędzonego pod prysznicem  oddychanie żywiołem wody.  Robimy powolny wdech i wyobrażamy sobie, że z góry ponad naszą głową spływa na nas biało-niebieska lub biało-zielona fala. Obserwujemy jak wypełnia nasze ciało od stóp do głów i obmywa je również na zewnątrz. Robiąc wydech zauważamy, jak fala zbiera wszystkie brudy i choroby z ciała i wraca do oceanu. Kolor biało-zielony oczyszcza, a biało-niebieski koi ból i stabilizuje. Oczywiście oddychamy oddechem hara gei lub ujaji.   🙂

                         W technikach biznesowych mówi się bez ogródek: jeśli chcesz osiągnąć sukces i zrealizować swój cel, to potrzebujesz codziennie poświęcać czas temu, do czego dążysz. I to nie 5 – 10 minut, ale codziennie 3 bloki czasowe po 50 minut. Stać cie na taką hojność dla samego siebie? Sobie, swojemu rozwojowi i samopoznaniu poświęcić dziennie 150 minut? Jeśli dojdziesz do wniosku, że jesteś dla siebie ważny, a nawet najważniejszy, to w którymś momencie okaże się, że 150 minut to całkiem niewiele i spokojnie możesz więcej.

Warsztaty z rozwoju osobistego staną się oczywistością w twoim życiu, najlepszą inwestycją w siebie i czasem zmiany, a fajni ludzie będą ci spadać z nieba. Cały Wszechświat będzie ci sprzyjał, bo oto ktoś chce być kimś. Dostaniesz dodatkowych przewodników duchowych, pojawią się różnorodne umiejętności pozazmysłowe, a synchroniczność i zbiegi okoliczności staną się codziennością. I w końcu życie stanie się magiczną, bajkową przygodą.

 

SPOKÓJ I RELAKS

                           Podstawą spokoju wewnętrznego jest wyciszony umysł. Bowiem to myśli, ich galopada i zgiełk w głowie tworzą w konsekwencji zamęt w emocjach, co z kolei odbija się na samopoczuciu fizycznym.

                            Ale nikt nigdy w dzieciństwie prawie żadnego Polaka nie uczył, jak wyciszać umysł. To w Tajlandii są zajęcia z medytacji dla dzieciaków w każdej szkole, w Polsce można co najwyżej klepać paciorek – a to umysłu nie wyciszy. Jest jeszcze jedna rzecz, która wycisza umysł: pasja. Gdy sobie maluję swoje „vediki” , żadne kłopoty nie istnieją, a w głowie i w całym ciele mam idealny spokój i ciszę. Dzieje się tak nawet, jeśli wyrzucam na płótno intensywne emocje. Praca w ogrodzie zresztą też tak na mnie działa.

Wniosek: ci, którzy medytują i ci, którzy mają pasję są uratowani, bo mają dostęp do doświadczania wewnętrznego spokoju i ciszy. Pozostali są masochistami: sami zadają sobie cierpienie własnymi myślami i emocjami. W momencie, gdy sobie to uświadamiają i chcą przestać – nie mogą. Utknęli w błędnym kole funkcjonowania wyłącznie na stresowych falach beta2., mają nerwicę, bezsenność, stany lękowe i tym podobne „wariacje” psychiczne. Jest wielką hojnością ofiarowywanie sobie spokoju i ciszy. Wiedzą o tym wszyscy ci, którzy codziennie medytują.

                                     Toteż chciałabym opisać dziś całkiem prostą medytację ciszy, którą stosuję nieraz w terapii czaszkowo-krzyżowej, gdy organizm pacjenta jest wyniszczony i wymaga wsparcia, a dla siebie robię codziennie. Cisza ułatwia powrót do homeostazy.

Zrobię to w punktach:

  1. Usiądź wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie, że z czubka głowy przez kręgosłup puszczasz do ziemi linę,
  2. teraz obejmij uwagą pokój, w którym jesteś, zauważ całe pomieszczenie,
  3. teraz wyjdź na zewnątrz i obejmij uwagą najbliższą okolicę,
  4. idź dalej aż obejmiesz uwagą całą okolicę aż po horyzont,
  5. postaraj się zobaczyć, co jest za horyzontem,
  6. wróć uwagą do ciała i powiedz w myślach: „zapraszam ciszę”,
  7. obserwuj uważnie, co dzieje się w twoim ciele, gdy gości w nim cisza.  Na początek 10 minut 🙂

A teraz wyjaśnienie: punkt 1. daje ci uziemienie, wykonując punkty od 2 do 5 tworzysz szerokie pole mocy, zapraszając ciszę do ciała – zobowiązujesz się traktować ją jak gościa, czyli z uwagą i szacunkiem. A obserwując swoje ciało – zauważasz i doceniasz dzieło ciszy. Polecam.

                                 Nie da się przecenić wartości ciszy i wewnętrznego spokoju w życiu człowieka. Nie tylko dlatego, że jest to produkt wręcz reglamentowany w naszych czasach, ale głównie dlatego, że diametralnie zmienia życie człowieka, uzdrawia, daje dostęp do szczęścia, radości i wolności. Podejrzewam, że pewnie jeszcze wiele innych fajnych rzeczy powoduje, ale tych 5 rzeczy już wystarczą, by bezsprzecznie stwierdzić, że dawanie sobie spokoju i ciszy jest hojnością dla siebie.

 

PRZYJEMNOŚCI ŻYCIA

                                  Ludzie dorośli dość szybko rezygnują z prawdziwych przyjemności życia, do których mają dostęp dzieci. Najpierw przestają się zachwycać światem i go odkrywać. Zaraz potem przestają się bawić. W końcu przestają zauważać przyrodę i ludzi wokół. Na samym końcu przestają zauważać siebie. Albo na samym początku. Różnie bywa.

I biegną, gonią, zabijają się stresem, zmęczeniem i walką. O co chodzi? Oczywiście o pieniądze.

Byłam bez kasy przez wystarczająco długi czas, żeby stwierdzić, że jest potrzebna. Mój drugi wniosek z dzisiejszej perspektywy jest jednak taki, że w czasie, gdy nie miałam pieniędzy i bardzo ich potrzebowałam, zupełnie źle o nich myślałam i stawiałam na niewłaściwym miejscu. Dlatego nie mogłam ich mieć. Bo CZŁOWIEK, KTÓRZY JEST SKNERĄ DLA SIEBIE NIE MA ŻADNEGO DOSTĘPU DO OBFITOŚCI, W TYM RÓWNIEŻ FINANSOWEJ.

                         Przyjrzyj się więc uważnie, w jakich aspektach życia sknerzysz dla siebie? Czy dziecięce przyjemności życia, jak drobne prezenty dla siebie, spacery po łące, zabawa i lekkość, robienie tego, co cię kręci są obecne w twoim życiu? Jeśli tak – jesteś blisko siebie, masz hojność dla siebie, więc cały świat jest również dla ciebie hojny. Jeśli nie – zacznij od dziś dawać sobie z radością i hojnością to, co cię ubogaca: przestrzeń, ciszę, spokój, samostanowienie i docenienie siebie, proste radości życia i akceptację. Za kilka miesięcy poczujesz namacalną różnicę.

                    Opowiem o moich dwóch koleżankach. Jedna sprzed ponad dwudziestu lat i druga z chwili obecnej. Ta pierwsza miała nieznośny zwyczaj zatrzymywania się przed każdą jedną witryną jubilerską i gapienia się w nią przez zatrważająco długi czas. Nieraz spacerowałyśmy po mieście, wyjeżdżałyśmy do innych miast, czasem nawet krajów, więc trochę już było dla mnie uciążliwe to jej „hobby”. W końcu nie wytrzymałam i jej wygarnęłam: „Litości, kobieto, nie stać cię ani na jedną błyskotkę z tych, które tutaj oglądasz. Po co to robisz?” A ona spokojnie i z uśmiechem odpowiedziała: „Bo lubię. Sprawia mi to przyjemność” . I tyle, ani słowa więcej, ani żadnego tłumaczenia. Kilka lat później spotkała mężczyznę, który do dziś kupuje jej błyskotki i dba o nią jak o królową.

                          Wyjaśnię, jak niezwykłą i cenną rzecz robiła dla siebie moja koleżanka. Oglądając piękną i drogą biżuterię czuła się jak królowa, którą stać na wszystko i która ma nieograniczone możliwości.  Dała sobie przestrzeń, żeby doświadczyć obfitości w pełnym wymiarze. Dlatego dostała od wszechświata mężczyznę – króla, który spełnił wszystkie jej marzenia, również o szczęśliwym związku.

                         Dwa dni temu moja druga koleżanka poleciała do Nowej Zelandii. W ubiegłym roku też tam była ponad trzy miesiące. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ma ona sześćdziesiąt parę lat, emeryturę w wysokości ok. 600zł i jak większość osób w tym wieku i z tak mizerną emeryturą powinna siedzieć grzecznie w kąciku i już nie liczyć, że coś się zmieni na lepsze. A tymczasem od kilku lat zwiedza świat wszerz i wzdłuż mając w kieszeni co najwyżej parę groszy. Zaczęła od tego, że 7 lat temu rzuciła pracę księgowej. Po roku dostała dofinansowanie z urzędu pracy na rozpoczęcie działalności pod tytułem „Muzykoterapia dźwiękiem gongów i mis tybetańskich”. Swoim starym seicento jeździła sobie po Polsce i grała w różnych miejscach. Dochodowe to zbytnio nie było, ale nawiązała sporo różnych znajomości w kręgach ezoteryczno-rozwojowych i sporo się nauczyła. Teraz jeździ po całym świecie, uczestnicząc w różnych projektach ekologiczno-rozwojowych. Jak jej się to udało? Dwa lata przed tym, jak zdecydowała się rzucić pracę, wprowadziła do swojego życia jedną bardzo regularną zmianę: od wczesnej wiosny aż do późnej jesieni spała na tarasie lub w ogrodzie na świeżym powietrzu. W ten sposób przechytrzyła swoją podświadomość przyzwyczajoną do siedzącego trybu życia porządnej księgowej i dała sobie przestrzeń dla nowych doświadczeń.

                          I tak to zdarza się ludziom spełniać swoje marzenia i brać od życia garściami to, czego pragną i chcą. I to jest hojność dla siebie. Jej potwierdzeniem jest hojność świata wobec ciebie.

 

8 myśli na temat “HOJNOŚĆ DLA SIEBIE

  1. Bardzo dobre. Już sobie zanotowałam strumień biało-niebieski i biało-zielony. Będę ćwiczyć oraz bycie w ciszy. Zdarza mi się to czasem, ale jeszcze nie tak jakby się chciało, więc Twój tekst jest dla mnie takim cennym przypomnieniem.
    Cieszę się, że odkryłam Twój blog.

    1. Dzięki 🙂 Miło, gdy ktoś się zainspiruje i jeszcze powie mi o tym 🙂

  2. ale inspirujący wpis!!!ludzie dają to , czego maja w nadmiarze-super uwalniające przekonanie!!!
    Ta cisza i przestrzeń dla siebie-biorę.

    1. Miło mi 🙂 mnie tez to spostrzeżenie wiele wniosło w relacje, myślenie i postrzeganie innych i siebie. Na początku tak się przejęłam, że sadziłam w ogródku tony cukiń, żeby mieć się czym dzielić i żeby to było coś dobrego 🙂

Dodaj komentarz