Jak kształtować przyszłość techniką Life Flow?

Zdarza Ci się, że boisz się jakiegoś wydarzenia, o którym wiesz, że Cię czeka w niedalekiej przyszłości? Może to być zwykła wizyta u dentysty za dwa dni, planowana operacja za miesiąc, czy kontrola w firmie z ZUS albo Urzędu Skarbowego…  Albo nie możesz spać po nocach na samą myśl, że jutro czeka Cię dywanik u szefa, bo coś narozrabiałeś/aś? A może masz niedługo wystąpienie publiczne, które blokuje ci głos w gardle na samą myśl o nim?

Jak się boisz?

O lęku już co nieco pisałam, poczytaj tutaj  http://zpietamiwchmurach.pl/czego-sie-boisz/

Jednak w chwili obecnej – znając i stosując Life Flow – mam trochę inne do niego podejście.

Zaczęło się od tego, że w październiku ubiegłego roku pojawiły się u mnie tak koszmarne lęki, że absolutnie żadna metoda, jaką znałam i wcześniej stosowałam skutecznie, nie działała. I już. Związane to było z atakami padaczki mojego syna.

Gdy przychodził wieczór, z każdą chwilą lęk we mnie narastał. Wydawało mi się, iż boję się tego, że syn będzie miał atak padaczki. Częściowo była to prawda.

Jednak dopiero podczas sesji Life Flow, którą wtedy robiłam po raz pierwszy w życiu z Moniką Czyżewską, okazało się, że temat jest znacznie szerszy. W tym lęku był strach przed cierpieniem, przed bólem, lęk przed ludźmi oraz przed tym, że nie potrafię pomóc synowi i nie wiem, co zrobić.

Związane to było z wydarzeniami sprzed 13 lat, gdy syn leżał na ojomie i nikt nie dawał mu szansy na przeżycie. Faktem jest, że trzy sesje Life Flow wyciągnęły mnie z tej psychozy lękowej, która mogła się skończyć dla mnie bardzo mało ciekawie. To zadecydowało, że postanowiłam nauczyć się tej metody.

Obecnie stosuję ją niemal każdego dnia. I błogosławię dzień, w którym poznałam Monikę Czyżewską, pomimo iż moja relacja z nią nie należy do najłatwiejszych.

Jednakże – wracając do tematu – opowiem, jak miesiąc temu nie tylko sama i skutecznie ukształtowałam swoją przyszłość, lecz również pozbyłam się paru lęków, w tym lęku przed śmiercią, co ogólnie wydawało mi się rzeczą niemożliwą.

Na 6. sierpnia miałam wyznaczony termin laparoskopowego usunięcia pęcherzyka żółciowego. Był to już drugi termin, bo na pierwszy – w kwietniu – nie dotarłam do szpitala. Kto czyta mojego bloga, to wie, że po pobytach z synem na oddziałach szpitalnych ojomowych mam syndrom białego fartucha i staję na uszach, żeby szpitale omijać szerokim łukiem.

Z moim pęcherzykiem też robiłam wszystko, co mogłam naturalnymi metodami, ale po pół roku jedzenia głównie sałaty ( bo tylko ona mi wchodziła), zdecydowałam, że pora na rozwiązanie chirurgiczne.

Wydawało się, że moje drugie podejście do tejże operacji będzie już łatwe. Wewnętrznie miałam spory luz, zrobiłam wszystkie badania wcale się nie buntując. Dwa dni przed zabiegiem miałam ostateczną kwalifikację do zabiegu. Okazało się wtedy, że wszystkie moje badania, cała kartoteka szpitalna, zniknęły, przepadły i nie ma ich. To było mocno zastanawiające – przynajmniej dla mnie. Takie rzeczy dzieją się tylko wiedźmom, jeśli coś solidnego wyparły i absolutnie nie chcą się przyznać, o co tak naprawdę chodzi…

Toteż w wyciszeniu weszłam sobie w stop-klatkę z przyszłości, gdy już jestem w szpitalu tuż przed operacją i posłuchałam swoich myśli. A oto, co usłyszałam:

„umrę,

przestanę istnieć,

nie obudzę się,

potną mnie,

coś schrzanią,

będą komplikacje,

będzie bolało,

skrzywdzą mnie,

będą niemili i złośliwi”.

Poziom dyskomfortu w skali od 0 do 10 był u mnie w tej stop-klatce grubo powyżej dziesiątki. Hm, miałam dwa dni, żeby sobie wyczyścić te kody traum rodowych, bo pójście na operację z takimi myślami niczego dobrego nie wróżyło. Przecież lękiem natychmiast przyciągamy to, czego się boimy.

Siadłam więc zaraz wieczorem i zrobiłam sesję na te kody. Gdy weszłam po sesji w stop-klatkę tuż przed operacją, poziom dyskomfortu spadł do 2. Oznaczało to, że jeszcze coś zostało. Pół dnia szukałam kodu, który był za to odpowiedzialny i brzmiał banalnie: „lekarze to konowały”. Wyczyszczenie tego kodu dało mi pełną neutralność i zero myśli w stop-klatce z przyszłości. Teraz mogłam iść na operację spokojnie i bezpiecznie.

W poniedziałek wczesnym rankiem, bo o szóstej rano, zameldowałam się na Oddziale Chirurgii. Założyłam ciapki i szlafroczek, a chwilę potem ze stoickim spokojem zapytałam pielęgniarki, co tam słychać po urlopie u doktora, który miał mnie operować.

-„A jeszcze nie wrócił” – usłyszałam odpowiedź.

-„Jak to nie wrócił? Przecież…. To kto będzie dziś operował?” – usłyszałam nazwisko innego, zupełnie nieznanego mi lekarza.

Spokojnie zapytałam, jak ma na imię. Okazało się, że tak samo, jak mój eks. UPS!!! Poczułam lekką konsternację.

-„Wie pani co, to ja chyba nie zgodzę się na tę operację, bo to imię dla mnie kiepsko rokuje”….

Pielęgniarka powiedziała, że mogę  się nie zgodzić, ale przy operacji i tak jest zawsze dwóch, a nawet trzech lekarzy.

-„Ok. No, dobra, a jak mają na imię pozostali?” Okazało się, że miałam mieć przy operacji lekarzy, których imiona były imionami archaniołów, więc stwierdziłam, że może być i nie muszę ani uciekać, ani rezygnować z zabiegu.

Jednak z racji tego, że byłam podrzucona innemu lekarzowi prowadzącemu zostałam umieszczona na końcu kolejki i miałam być operowana ostatnia. Nawet się tym specjalnie nie przejęłam. Siedem godzin spędziłam na medytacji i czułam się bardzo dobrze. Na koniec postanowiłam odwiedzić dziewczyny, które już były po.

Trzy miały przepukliny, więc normalne, że je pocięli i zeszyli, ale pozostałe trzy miały pęcherzyki i – o zgrozo! – też były pocięte, to znaczy nie było usunięcia laparoskopem, a szerokie cięcie pod żebrami, które tajemniczo nazywane jest konwersją.

-„No, ładnie! Jakiś pieprzony czarny poniedziałek, czy co?” – przemknęło mi przez głowę, ale nie zdążyłam nad tym się dłużej zastanowić, bo pielęgniarka zgarnęła mnie na salę przedoperacyjną.

Wkłucie, kroplówka… Zdążyłam jeszcze poznać imię anestezjologa i dwóch pielęgniarek i obudziłam się na sali chorych, gdy pielęgniarki stanowczo domagały się, żebym przesunęła swoje szanowne cztery litery z kozetki na łóżko, co też uczyniłam.

Po dwóch albo trzech godzinach zagadałam do pielęgniarki, żeby mi powiedziała, czy jestem pocięta, czy cała. Nie zrozumiała. Powiedziałam więc fachowo: -„laparoskopowo, czy konwersja?” Podniosła kołdrę, potem zajrzała do karty i z uśmiechem powiedziała: -„Oooo…, laparoskopowo.” -„Super! To ja wstaję i idę do kibelka.”

Na drugi dzień mnie wypisali, a ordynator krótko stwierdził na porannej wizycie w sali, gdzie leżałyśmy we cztery: „u pani się nie udało, bo coś tam; u pani też się nie udało, bo coś tam, u pani też wystąpiły komplikacje”, a podchodząc do mnie rzekł: -„U pani był duży, ale można było wyjąć go laparoskopowo”.

Szczęściara jestem, czyż nie?

JAK TO ZROBIĆ?

Boisz się jakiegoś wydarzenia, które za kilka dni Cię czeka? Wyobraź sobie dokładnie to wydarzenie, wejdź w nie całym sobą, zatrzymaj czas i odpowiedz sobie na następujące pytania:

Co czuję w ciele w tej sytuacji?

Jakie mam myśli?

Co najgorszego może się zdarzyć w tej sytuacji?

Odpowiedzi na te pytania to będą twoje kody traum rodowych, które wystarczy uleczyć sesją Life Flow. Gdy przed sesją twój poziom dyskomfortu w określonej stop-klatce z przyszłości był na poziomie 9-10 (w skali od 0 do 10, gdzie zero to całkowita neutralność, a 10 to maksymalny dyskomfort), to zaraz po sesji powinna być całkowita neutralność. Jeśli pozostał jakiś dyskomfort, na przykład na 2 lub 3, to trzeba poszukać w bardziej ogólnych przekonaniach i je wyleczyć. Pełna neutralność daje ci pewność, że nawet najbardziej stresujące wydarzenie, które cię czeka w przyszłości staje się bułką z masłem. Jest pomyślne i bez nerwów.

 

Dodaj komentarz