Jak uczyłam się spełniać marzenia….

                                          Mieszkaliśmy przy ruchliwej ulicy w centrum miasta. Była wiosna, a ja z niepokojem myślałam od kilka tygodni o tym, że Kornel już drugi rok nie będzie miał możliwości wyjścia na zewnątrz i dłuższego pobytu wśród zieleni. No, bo łóżka to w żaden sposób nie zabiorę do parku na przykład.

                                               Przyszedł mi do głowy pomysł, że przydałaby się mała działeczka gdzieś niedaleko, żeby podjechać wózkiem inwalidzkim. Tak, to był wyjątkowo realny pomysł – działka w środku miasta… Ale zaczęłam szukać po internecie. Ceny były szokujące, nawet zwykłe pracownicze, dwuarowe od 2 do 5 tysięcy złotych. Wtedy to była dla mnie nieosiągalna kwota. Zrezygnowałam. Trudno. Jednak następnego dnia wieczorem poprosiłam moich jeszcze dwóch synów, żeby zaprojektowali działkę taką, jaką by chcieli mieć, żeby spędzać tam razem miło i spokojnie czas na wiosnę i w lecie. Chłopcy zapalili się do pomysłu. Szczegółowo rozrysowali dróżki , rabaty i placyk na leżankę Kornela, a zamiast altanki narysowali wagon kolejowy, bo Kornel przed wypadkiem był w gimnazjum plastycznym i grafitował.

                                  Następnego dnia po południu wyszłam z najmłodszym synem i z Fikusią na spacer. Syn poprowadził mnie przez most na dróżkę rowerową wzdłuż rzeki, gdzie nigdy dotąd nie byłam. Szliśmy sobie, rozmawiając o szkole chyba. Gdy Fikusia pociągnęła Amadeusza w krzaki, ruszyłam mu na pomoc. I zdębiałam. „O holender!” – przemknęło mi przez głowę. Poniżej chaszczy i rowu moim oczom ukazały się cudne, najcudniejsze ogródki działkowe. „Ja chyba śnię. Skąd tutaj ogródki działkowe?” Okazało się, że wzdłuż rzeki, na terenie zalewowym były sobie właśnie ogródki działkowe. Znaleźliśmy furtkę, ktoś właśnie wychodził, więc weszliśmy do środka. Działki były puste, ale na jednej starszy pan coś sobie przekopywał. Zagadnęłam i opowiedziałam o mojej potrzebie. Pan powiedział, że owszem, że wie, gdyż właśnie właściciel działki obok po śmierci matki wcale o nią nie dba i pewnie chętnie by ją wynajął albo sprzedał. Dostałam numer telefonu i od razu zadzwoniłam. Ów wŁaściciel zgodził się chętnie i wynajął nam działkę tylko za opłatę dziaŁkową, czyli 100zł rocznie. W taki sposób niemożliwe totalnie marzenie spełniło się w wersji najlepszej: ogródki były w odległości 300m od naszego mieszkania, nie były potrzebne duże pieniądze, których nie miałam na zakup, a sama działka miała prawie dokładnie taki układ rabat i dróżek, jak zaprojektowali synowie dzień wcześniej. Były tylko dwie różnice: była zarośnięta, więc trochę się napracowaliśmy i zamiast wagonu kolejowego – stała stara altanka.

                                               Z tej historii wyciągnęłam wnioski, jak spełniają się marzenia.

                                     Trzeba mieć zdecydowaną potrzebę tego, o czym marzymy, dokładnie sobie wyobrazić to, czego chcemy, a nawet narysować w wersji najlepszej lub kilkakrotnie lepszej niż byśmy chcieli ( to był wagon kolejowy), a następnie zwątpić, że uda się to osiągnąć, lub zwyczajnie odpuścić: że mogę się bez tego obyć. To wszystko.

                                           Trzy lata później okazało się, że jest jeszcze jeden warunek, żeby życzenie, marzenie, cel się spełniły, którego wcześniej w ogóle nie zauważyłam. Wtedy właśnie przenieśliśmy się do nowego domu na wieś, a dokładniej na totalne zadupie, gdzie wokół były pola, nad głową niebo aż po horyzont i dwa domki, w tym jeden nasz. Zależało mi bardzo na pięknym ogrodzie, wydałam sporo kasy na kilkaset sztuk krzewów, kwiatów i drzew, już w momencie zakupu dość dużych. Zleciłam projekt ogrodu według zasad feng shui, oświetlenie, itd. Po dwóch latach od zagospodarowania ogrodu część drzewek wymarzła, reszta rosła tak o sobie, mniej niż nienadzwyczajnie, ogólnie mizeria.

                                   Jakoś w kwietniu przechadzałam się po dróżkach w ogrodzie z rozczarowaniem patrząc na moje roślinki, którym jakby kompletnie nie zależało, żeby ładnie rosnąć i wyglądać. W pewnym momencie złapałam się na tym, że gadam do nich z pretensjami i żalem, dlaczego mi to robią. Przecież chciałam, żeby ogród był piękny i kolorowy dla Kornela, żeby mógł w nim nacieszyć oczy i odpoczywać w różnokolorowych zakątkach. „Czyżby? – słyszę w głowie ironiczne pytanie, „co, czyżby?, no jasne, że dla Kornela, bo niby dla kogo. Mnie akurat ogród nie jest specjalnie potrzebny”. Przystanęłam zaskoczona. Zobaczyłam bowiem swoje prawdziwe intencje i cele, jeśli chodzi o piękny ogród. Ja chciałam mieć piękny ogród, żeby móc się nim pochwalić przed rodziną i żeby był ładniejszy od ogrodu sąsiada. Upierając się tylko przy swojej wydumanej i wyidealizowanej szlachetności, zapomniałam, że jestem zwykłym człowiekiem, który chciał zaspokoić swoje poczucie ważności i pewną próżność. To nie był jedyny i wyłączny motyw chęci posiadania pięknego ogrodu, ale nie dałam mu dojść do głosu, wepchnęłam pod dywan, jako zbyt niski i nieładny. No więc urósł tak, że uniemożliwił rozkwit ogrodu i moją radość z niego.

                                           Wystarczyła tylko szczerość wobec siebie samej, żeby marzenie spełniło się w pełni. Tego lata ogród zachwycał wszystkich, wszystkie rośliny, drzewka, krzewy, kwiaty rosły i kwitły jak szalone. I tak jest do dziś.

Jedna myśl na temat “Jak uczyłam się spełniać marzenia….

Dodaj komentarz