Jesteś tym, co jesz?…

Mamy dziwne czasy, w których poziom strachu o swoje zdrowie i życie jest nieprawdopodobnie wysoki, pomimo że wcale nie ma wojny, kataklizmów, ani innego drastycznego zagrożenia życia i zdrowia. Skąd tyle lęku w ludziach? Po pierwsze stąd, że dochodzą do głosu kody traum rodowych z okresu II wojny światowej. Po drugie dlatego, że nauka i media mocno podkreślają fakt szkodliwości różnych produktów żywnościowych dla naszego zdrowia, czy wręcz życia. Te dwa elementy świetnie się wzmacniają, toteż w niektórych kręgach temat żywienia jest niemalże przewodnim i warunkującym rozwój, w tym rozwój duchowy i wysoką jakość życia.

Jakie są fakty?

Pierwszy fakt bezsporny jest taki, że połączenie wegetarianizmu lub weganizmu  z wysokim rozwojem duchowym oraz walką o życie zwierząt wywołało zupełnie zbędny zgrzyt pomiędzy wege i mięsożercami. Zgrzyt ten jest bardzo duży, ale tylko w niektórych kręgach. Tam, gdzie się nie walczy – nie ma zgrzytów, ani wojny, ani oceniania. Po prostu. Gdy zajmujesz się sobą i swoim rozwojem, nie masz misji zbawiania świata, naprawiania świata, sprowadzania na dobrą drogę, czy potępiania kogokolwiek. Prawda podstawowa jest taka, że twoja delikatność, twoje Światło i Twoja Miłość absolutnie same działają i zmieniają świat. Cechą prawdziwego Światła jest inteligencja i przenikanie. I to byłoby wszystko w temacie „krucjat” wegetarian przeciw mięsożercom (czy odwrotnie).

Drugi fakt jest taki, że tam, gdzie dwóch się bije – trzeci korzysta. I tutaj pojawia się wielki temat. Bowiem tym trzecim są korporacje produkujące żywność. Co jakiś czas media informują o nadużyciach w produkcji mięsa, czy hodowli zwierząt. Nieraz są to obrazki drastyczne. Jednakże na razie nikt nie podejmuje tematu, jak są produkowane warzywa tak zwane ekologiczne.

EKO-POMIDORKI ZE….. SKORPIONEM!!!!

Kilka tygodni temu rozmawiałam z koleżanką, która pracuje w wielkiej europejskiej korporacji produkującej żywność. Dowiedziałam się od niej, że na przykład eko-pomidory mają w sobie gen skorpiona. Dlaczego? Ano dlatego, że nie stosuje się na nie oprysków, ale przecież szkodniki: robaczki i gryzonie oraz różne choroby typu pleśnie, grzyby, itp. są stale w glebie, powietrzu… Toteż, żeby szkodniki nie zżarły nie opryskiwanych pomidorów, modyfikuje się ich nasiona w taki sposób, że dodaje się gen… skorpiona.

Wszelkie europejskie robaczki-szkodniki wyczuwają ten gen w roślinie i omijają ją z daleka. Co by nie było – pachnie skorpionem. Najciekawsze, że taka modyfikacja to zwykłe  GMO, ale w krajach, w których jest ono dozwolone nikt nie musi się z tego tłumaczyć. Toteż w Polsce serwuje się  pomidorki ze skorpionem jako żywność ekologiczną.

Chodzę sobie więc z tą myślą, że eko-pomidorki choćby z ryneczku Lidla, to taki wyjątkowy rarytasik: dwa w jednym i warzywko i mięsko… Na dodatek egzotyczne…

Nie wiem, co sobie w tym temacie mogą pomyśleć wegetarianie albo weganie. Bo u wielu ortodoksyjnych wege to grzech śmiertelny zjedzenie mięska. A z drugiej strony skoro jest w warzywku od urodzenia…..

W każdym razie ja jestem mocno zdeguściona… Po kilkudniowych rozterkach doszłam do wniosku, że chyba jednak wolę te warzywka z opryskami niż te ze skorpionem….

Patrząc na to od strony energii, to sprawa wydaje się oczywista: energia tylko jednego genu skorpiona wymiata cały zestaw europejskich szkodników. Skoro taki pomidorek z genem skorpiona jest groźny dla wszystkich szkodników, które do tej pory go zjadały, to jaką energię będzie miał człowiek, który sobie będzie jadł takie pomidorki systematycznie?

Ktoś powie, co to za problem? Przecież to nie jest jad skorpiona w pomidorze, a jedynie jeden gen tego najgroźniejszego i najbardziej jadowitego robala na Ziemi. No właśnie.

Ironia tego wszystkiego jest jeszcze większa, gdy spojrzymy na ceny eko-żywności. Dwukrotnie droższe w  sklepie eko-warzywa są produkowane o wiele taniej niż te, które są opryskiwane, bo praktycznie nie wymagają żadnych środków ochrony roślin, ani wyjątkowych warunków do uprawy. Mają inny atut – energię jadowitego i toksycznego zwierzaka. To wystarcza.

Szczyt ironii tej całej sytuacji to połączenie ekologii, GMO i energii jadowitego zabójcy oraz zdrowych dla człowieka warzyw w jednym. Przewrotność nad przewrotnościami!

Leczenie żywieniem

Dla uzupełnienia tematu żywienia zwrócę uwagę na rzecz szalenie istotną: dietą można leczyć ludzki organizm. Wiele chorób, nawet poważnych, ustępuje lub radykalnie zmniejsza ekspansywność przy stosowaniu odpowiedniego żywienia.

Prawdą jest, że często odstawienie mięsa poprawia funkcjonowanie organizmu, ale są też diety mięsne stosowane dla osób z poważnymi uszkodzeniami neurologicznymi, które również mają działanie lecznicze.

Także diety eliminacyjne, na przykład post dr Dąbrowskiej – bez tłuszczu, dużo surowych warzyw,  są mega skuteczne w detoksie organizmu.

Nie jestem w tym temacie specjalistą, ani nawet dietetykiem, toteż jedynie zauważam ten fakt.

Opowiem natomiast o szczególnej formie leczenia żywieniem jaką jest głodówka, której jestem wielką zwolenniczką.

Sporo ludzi ma duży opór na sam dźwięk słowa głodówka. Zupełnie niepotrzebnie. Każdy zwierzak, gdy choruje, to najpierw przestaje jeść. Robi to całkowicie z automatu jako naturalny proces zdrowienia. I nawet nie wpadnie na pomysł, że może umrzeć, bo nie będzie jadł parę dni.

Głodówka bowiem ma zbawienny wpływ na każdy organizm. Nie tylko pięknie oczyszcza  z toksyn, ale sprawia, że organizm młodnieje. Dzieje się tak dlatego, że przy każdej dłuższej głodówce (powyżej 7 dni) dochodzi w organizmie do przełomu kwasiczego, który trwa max. 8 godzin.

Wtedy faktycznie sporo boli w ciele (zależy od choroby), ale dochodzi też do przestawienia organizmu na zdrową homeostazę, czyli przypomnienia ciału, że ma zdolności samoregulacyjne i samoleczące.

Jest to wielka sprawa, gdyż większość ludzi żyje sobie w homeostazie dysfunkcjonalnej z powodu toksycznego jedzenia, warunków otoczenia, stresu oraz częstego przyjmowania leków przeciwbólowych i antybiotyków. Homeostaza dysfunkcjonalna wyłącza naturalne zdolności naszego organizmu do samoleczenia.

Jednodniowe głodówki są łatwe i nie wymagają specjalnych przygotowań, a stosowane regularnie, przynajmniej raz w miesiącu, świetnie wspomagają organizm, zwiększają zasoby sił życiowych i oczyszczają z toksyn głównie trzustkę.

Głodówki 11-dniowe są już typowymi głodówkami leczniczymi, podczas których sporo chorób – w tym nowotwory – skutecznie mijają. Mam znajomego, który właśnie głodówkami 11- i 21-dniowymi wyleczył siebie z ostatniego stadium nowotworu złośliwego.

Tak oto z okazji wakacji i ciepłego słoneczka podsunęłam moim czytelnikom kilka uwag w temacie jedzenia – niejedzenia od kilku stron naraz. Każdy wnioski sobie sam zafunduje. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz