MAGIA „WIBRACJI”

         

                                     Pierwszy raz uczestniczyłam w imprezie tego typu jak FESTIWAL WIBRACJE. I jak mam święte przekonanie, że jeśli pierwszy raz jest do d…, to nie mam ochoty powtarzać, tak w przypadku Festiwalu Wibracje chętnie pojechałabym na następny już za tydzień i powtarzałabym taki wyjazd tak często, jak byłoby to możliwe, najchętniej co miesiąc… 🙂

WRAŻENIA I ODCZUCIA

                                    Dojechałam do Serocka jak po maśle: najpierw pendolino z Krakowa do Warszawy, potem autobus, a w Serocku…. jedna jedyna taksówka na całą miejscowość. Poczekałam niecałą godzinkę i dojechałam na miejsce: powitanie i pokierowanie przez sympatycznych, młodych wolontariuszy,  przytulny pokoik z balkonem i widokiem na las i jezioro. Zostawiłam bambetle i poszłam na pierwszy zwiad.

                                          Ustaliłam sobie, że piątek poświęcę na uzyskanie odpowiedzi, kto tu przyjechał i z jakiej bajki, żeby wiedzieć, co przekazać na warsztacie i w jakiej formie. Poznałam sporo młodych ludzi, z których wielu pierwszy raz zetknęło się nie tylko z imprezą z tego typu, ale w ogóle z duchowością i ezoteryką oraz takich, którzy już byli bardzo świadomi i przebudzeni. „Ups.. – zagwozdka, taki rozrzut w poziomach świadomości – jak tu trafić do tych młodych ludzi za jednym zamachem?” – pomyślałam sobie z lekkim przestrachem.

                                       Ale trafił się koncert gongów, więc z lękiem w sercu, nogach, brzuchu i w gardle, walnęłam się na trawę tak jak stałam i po dwóch godzinach gongowania byłam jak nowa. Poleciałam z rozpierającą mnie radością i wdzięcznością podziękować panu, który wykonywał koncert. Marek Tomczyk okazał się niebiańską istotą – dosłownie!!! – charyzmatycznym posłańcem z szóstego poziomu bytu, a przy tym ciepłym, miłym facetem ze słodką 4-miesięczną córeczką Majką i sympatyczną żoną Kornelą.

                                        Potem zahaczyłam o stoisko ekologiczne ludzi z Rzeszowa, wypiłam jakąś ziołową herbatkę (już nie pamiętam jaką, ale była ekstra), chwilę pogadałam i poszłam sobie dalej. Wpadłam na namiot z lampami Jana od Boga. Obejrzałam piękne kryształy z Brazylii, dwa kupiłam i położyłam się na pół godziny pod owymi lampami. Przy okazji zapoznałam fajne dziewczyny. No i już było całkiem dobrze.

                                  Wychodząc z namiotu po lampach, wpadłam na Jacka Sokalaka.Ooo… jak to miło pana spotkać i poznać!” – krzyknęłam bez zastanowienia. Wymiana kilku zdań, misiaczek i poszedł sobie. „Hmmm… no, my to się jeszcze spotkamy…” – pomyślałam z rozbawieniem, bo „mignął” mi kilkoma twarzami z mojej przeszłości, w tym twarzą mojego dobrego znajomego-buddysty, też zresztą Jacka, twarzą mojego ojca i paru innych osób.  Powiem tyle: mocna i skuteczna w swej pracy persona. 🙂

                                     Ale jeszcze tego samego – pierwszego dnia Festiwalu – spotkałam Dorotę Gudaniec, którą już znałam, bo miesiąc wcześniej kupiłam w jej firmie medyczną marihuanę dla syna i teraz kupiłam kolejną porcję CBG, tym razem silniejszą. Byłam u niej na wykładzie. Kobieta, która wie, o czym mówi i czego chce. Jest to jedyna do tej pory osoba tak do szpiku kości kompetentna w temacie marihuany i konopi leczniczych, jaką spotkałam w swoim życiu, a było ich sporo. Bo oprócz wiedzy teoretycznej ma potężną praktykę, doświadczenie ze swojego życia w temacie skuteczności i stosowania leczniczej marihuany.

Tego dnia zapoznałam jeszcze Pawła Drewniaka i jego kolegów Bartka i Łukasza – super młodych ludzi, którzy wiedzą, co w trawie piszczy i świadomie wybierają drogę swojego rozwoju.

Wieczorem poznałam znów kilkanaście młodych osób, zwyczajnie sympatycznych, otwartych, radosnych i lekkich.

                                       Późną, nocną porą byłam na ognisku nad jeziorem, przy którym kilkanaście bębnów dudniło rytm szamańskiego transu. Wokół ogniska tańczyli młodzi ludzie, a ja poczułam się jak w afrykańskim buszu podczas rytualnego oczyszczenia.

                                           Następny dzień również od rana wypełniony był magiczną muzyką: były afrykańskie rytmy, znów gongi i muzyka rurowa, wibracje ziemi i przestrzeni, o zachodzie Słońca rytuał Agnihotry. Wcześniej jednak zapoznałam ciekawe małżeństwo Mariana i jego partnerkę. Marian – też tak ja – był na głodówce oczyszczającej, tylko, że on już 10-ty dzień, a ja dopiero trzeci. Opowiedział, jak pozbył się nowotworu złośliwego, gdy wyszedł ze szpitala z wyrokiem, że pożyje max. 2 tygodnie.

                                       Tego dnia poznałam też organizatorów Festiwalu: Magdę Balladę – ją to już znałam od ponad pół roku, bo stawiała mi pijawki – jej chłopaka Roberta i Łukasza oraz Rafała; Gabriel – wciąż był nieuchwytny i w biegu. Młodzi, charyzmatyczni ludzie, których poprowadzi wdzięczność uczestników pierwszej edycji Festiwalu. Życzę im z całego serca pomyślności i 400-stu lat życia.

Natknęłam się też na Bogusia SzednegoJak to ja, sama go zaczepiłam. Powiem szczerze, moje pierwsze odczucie było niezbyt fajne, co do tego gościa. Jednak po poznaniu i dwóch rozmowach okazał się trochę zamkniętym, ale życzliwym i radosnym, a przy tym wyciszonym wewnętrznie i nieoceniającym człowiekiem.

                                          Potem poszłam sobie znów na kryształowe lampy Jana od Boga i ledwo wystawiłam głowę z namiotu wpadłam na skrzynkę, a obok dywanik, na którym młody chłopak coś aplikował do nosa kilku delikwentom siedzącym wokół. To, na co wpadam – jest dla mnie, więc siadłam na owej skrzynce i pytam dziewczyny obok: „co to?” – „Rapee” – usłyszałam odpowiedź – oczyszcza zatoki, poprawia jasność myślenia, ale proszę powiedzieć szamanowi, że pani pierwszy raz.” Dowiedziałam się jeszcze, że kosztuje 10zł. No, ok. Podjęłam decyzję, że chcę. W tym momencie, do chłopaka, który aplikował ów ziołowy specyfik podszedł ciemnoskóry szaman i powiedział – chyba po angielsku – że od tej chwili za darmo. Chłopak spojrzał na mnie z pytaniem w oczach, czy chcę sobie zaaplikować owe coś. „Tak, tak, tylko, że ja pierwszy raz” – odpowiedziałam. „To ustaw sobie intencję, przyłóż rurkę do jednej dziurki w nosie, weź głęboki wdech i wstrzymaj”. Gdy to zrobiłam, on wdmuchnął mi drugim końcem zakrzywionej, kolorowej rurki rapee do nosa. Zapiekło mocno. Potem do drugiej. I… – ni z gruszki, ni z pietruszki – rozpłakałam się.  I wcale nie chciało mi przejść. Usłyszałam, że jeszcze przez 15 minut specyfik będzie działał. No i ja jeszcze przez 15 minut płakałam jak bóbr.

                                       Byłam też na koncercie Żebraka Spod Zamku, który ujął mnie lekkością swojej muzy, czarem osobistym oraz delikatnością i wrażliwością swojej osobowości. Dla mnie już na zawsze będzie znakiem firmowym Festiwalu Wibracje.

                                     Ciekawe jest to, że na terenie ośrodka było sporo ponad 1500 ludzi, a nigdzie nie było tłumów, ani żadnych trudnych sytuacji; ratownicy medyczni przykleili jeden plasterek i wyjęli jedną mrówkę z ucha dziewczyny. Wszędzie biegały sobie psiaki i te duże i te małe, ludzie z otwartością odpowiadali na każde pytanie, uśmiechali się, ustępowali sobie miejsca, nawet się dokarmiali. W pasażu z budkami z jedzonkiem byłam kilkakrotnie świadkiem, że ktoś poprosił o jabłko i je dostał za darmo, komuś innemu ktoś stojący obok zapłacił za obiad. Przy takiej ilości ludzi – nie było śmieci! Rozumiecie to?

W pięciu salach wykładowych trwały na okrągło warsztaty i wykłady, na dwóch scenach od rana do nocy rozbrzmiewały dźwięki bębnów, gongów i wszelkich innych instrumentów szamańskich.

                                 Spacerując sobie w tych kolorach, dźwiękach, atmosferze, każdy mógł być sobą: jeden był w procesie i przeżywał swoje tematy, inny był w radości, czy podekscytowaniu, jeszcze inny miał potrzebę pogadać z kimś ze świata zewnętrznego. Pełna wolność i przestrzeń do bycia sobą: nikt nie odczuwał potrzeby oceniania, czy krytykowania innych, ani pouczania, czy też wynoszenia się nad innych. Każdy, ale to absolutnie każdy był ważny, wyjątkowy, niezwykły.

                                  Dzięki temu zachwyt dla życia, akceptacja dla chwili, radość istnienia i moc marzeń oraz otwartość na zmianę zaistniały przez magiczny weekend tak mocno, że ja po powrocie do domu przez cały poniedziałek chodziłam jak na solidnym chaju i był to chaj wdzięczności.

Bo nie jest łatwo znaleźć takie miejsce na Ziemi, gdzie mógłbyś tego doświadczyć. Spacerujesz po mieście. I co? Pierwsza emocja, która cię dopada to osamotnienie i wyalienowanie. Wszyscy się śpieszą, nikt na nikogo nie zwraca uwagi. Prosta droga do zadołkowania w smutku i beznadziei.

                                         Toteż kłaniam się nisko wszystkim, którzy byli na Festiwalu. Doświadczyłam jedności z ludźmi rozwalającej na łopatki i rozbrajającej każde negatywne wyobrażenie i doświadczenie z przeszłości o wspólnocie i zachowaniach ludzi w dużej grupie. Dziękuję!

MOJE WTOPY I SUKCES

                                    Przeżyłam też trzy potężne procesy, których sama nigdy w życiu bym nie uruchomiła i nie byłabym w stanie transformować  w domu. Były to:

  1.  proces transformacji lęku przed ludźmi i ich oceną (objął praktycznie wszystkie czakry, ze szczególnym naciskiem na czakrę gardła),
  2. proces transformacji żalu i bólu z powodu straconych lat i doświadczenia nadziei i radości, a nawet pewności, że czas to ja i jest wielu ludzi, którzy chcą tak jak ja długiego, szczęśliwego i zdrowego życia,
  3.  proces transformacji osamotnienia, wyobcowania i doświadczenia jedności z ludźmi, ich otwartości, akceptacji, chęci bycia pomocnym oraz doświadczenie wolności i przestrzeni do bycia sobą, bycia w procesie.

                                         Opowiem trochę o tym, bo te procesy spowodowały wiele zmian we mnie, w mojej rodzinie, a także w zdrowiu Kornela. Dość powiedzieć, że mój najstarszy syn – mocno oporny na ezoterykę – stwierdził dzień po festiwalu: „No, jeszcze kilka takich wyjazdów mamy i Kornel będzie zdrowy”. I powiedział to serio.

                                 Chodząc sobie wśród młodych ludzi poczułam zazdrość i żal, że to nie ja na początku swojego dorosłego życia mam takiego farta doświadczania piękna tego, co się dzieje na Festiwalu, bo przecież to doświadczenie zostanie głęboko w pamięci każdego z nich i odmieni ich los. Nie popełnią wielu błędów, które były moim udziałem, bo mają lepszy, piękniejszy start. Gniotło mnie dość długo z takimi emocjami, aż w końcu puściło: „E, tam! Marudo jedna, ciesz się tym, co jest i czego doświadczasz teraz, bo za tydzień będziesz żałować, że przez swoje marudzenie znów coś ci uciekło”.

                                      Lęk przed ludźmi jest dość pierwotnym odczuciem w każdym człowieku. Boimy się negatywnej oceny, wyśmiania, niedocenienia, zlekceważenia, obgadywania. I słusznie. Bo to niszczy, odbiera radość, chęć działania, jakąkolwiek pozytywną motywację. Zmierzenie się z tym tematem rozpoczęło we mnie proces odwijania różnych warstw z czakry gardła. Najpierw był to niczym nie uzasadniony pośpiech. Chciałam pójść na kilka warsztatów w pierwszy dzień – nie dotarłam na żaden. Wybór był tak duży, że mnie unieruchomił i mogłam tylko usiąść nad jeziorem i poczuć w końcu spokój z konkluzją: „E, tam! Nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku, odwija się i sprząta to, co jest potrzebne i możliwe w tej chwili. Przestań szaleć.”

Jedno puściło. Ale ogromne ilości lęku przewalały się we mnie i domagały integracji w związku z warsztatem, który miałam poprowadzić dopiero w niedzielę. Co było robić? Robiłam anandę mandalę, akceptację cienia i chodziłam wszędzie tam, gdzie grali wszelkie szamańskie rytmy, by to ogarnąć. Gdy już wydawało się, że puściło, dopadała mnie kolejna fala lęków. Już nawet przestałam zastanawiać się, skąd to idzie. Było tego dużo wraz z przekonaniami dotyczącymi niskiej samooceny i opinii innych znaczących osób z mojej przeszłości. Godzinę przed warsztatem zrobiłam dwupunkt, by być skutecznym terapeutą dla osób, które przyjdą.

                                    Nie było idealnie… O, nie! Najpierw wykładowca, który prowadził zajęcia przede mną przeciągnął je o ponad 20 minut. Parę osób i ja staliśmy pod drzwiami i tyle. Pomyślałam sobie, że jest ok, bo w małej grupie warsztat mogę poprowadzić bez stresu. Profilaktycznie przytuliłam się jeszcze do małego yorka, którego młody chłopak trzymał na rękach i lekkim krokiem weszliśmy na salę.

Zanim Tomek – wolontariusz – podłączył projektor, a ja ogarnęłam komputer, na sali zrobiło się gęsto. W parę minut z kilku osób zrobiła się setka, nawet z okładem. I to było absolutne wyjście poza moją strefę komfortu. Jak prowadzić warsztat z taką grupą? Zamienić to, co chciałam zrobić tylko na wykład? Nie cierpię wykładów dłuższych niż pół godziny, a program przewidywał moje zajęcia na dwie godziny. Przez 10 minut czułam, że moja szczęka nie chce się trzymać w tym miejscu, gdzie powinna i niebezpiecznie rozjeżdża się w różne strony. Dlatego odłożyłam mikrofon (gdyby przez przypadek wychwycił dzwonienie zębami, byłoby jeszcze trudniej). I o nim zapomniałam. Jakoś się rozkręciło. Szczyt elokwencji to nie był, ale ludzie byli zainteresowani. Zadawali pytania, wykonywali ćwiczenia, medytacje, a po warsztacie jeszcze ponad godzinę gadałam z różnymi osobami, które miały pytania do mnie. Rozeszły się ulotki, wizytówki i gadżety: guziczki i sól kala namak. Wydawało się, że powinnam być zadowolona. Tego dnia i owszem. Nawet byłam. Ale po powrocie do domu z mety złożyłam zażalenie i reklamację do moich przewodników duchowych. A oni na to: „O co ci chodzi? Chciałaś być skuteczna, a nie bezbłędna!”. Ups. Obrazili się, bo nie doceniłam tego, co dostałam. A co dostałam? Jak tu sprawdzić skuteczność mojej pracy, skoro tych ludzi pewnie już nie spotkam?

                                         Mogłam sprawdzić, u  ilu osób został uruchomiony gen młodości i witalności, a u ilu nie. Zrobiłam to. Gen młodości i witalności został aktywowany u wszystkich osób, które były na warsztacie. Pomimo tego, że w grupie były osoby po ciężkich chorobach, w tym nowotworowych – dzięki energii grupy było to możliwe. Nawet starszy pan, który siedział po mojej lewej i ironicznie się uśmiechał, a przy akceptacji cienia nie chciał zamknąć oczu – też dostał aktywację genu młodości i witalności, co normalnie nie byłoby możliwe, bo sceptycyzm i brak otwartości jest skuteczną blokadą na zmianę. A prezentem największym dla mnie było uruchomienie genu młodości i witalności u mojego syna Kornela, co przy jego stanie zdrowia od siedmiu lat było niemożliwe. Zdarzyło się tak, bo Kornel jest ze mną mocno połączony i mógł w ten sposób skorzystać z energii grupy i energii czystej intencji.

                                      Cóż ja mogę wobec takiej hojności Wszechświata? Kłaniam się nisko wszystkim, którzy stworzyli  to miejsce i ten czas i byli w tym miejscu i w tym czasie w Serocku, bo dzięki nim energia Złotego Wieku ludzkości stała się moim doświadczeniem i nie potrzebowałam jechać do Indii, by to przeżyć.

P.S. Niestety, mam tylko jedno zdjęcie z Festiwalu, bo… zapomniałam je zrobić. Polecam każdemu, kto nie był w Serocku zajrzeć do grupy na fb Festiwal Wibracje i tam obejrzeć sobie filmiki – jest ich sporo.

 

 

 

 

Dodaj komentarz