niebieska pełnia

Na przedwiośniu zaczyna podnosić energetykę wątroba. U ludzi zdrowych jest to fajny proces, bo zwiększa witalność, poprawia jakość pracy i działań. U pozostałych wywołuje różne komplikacje zdrowotne, których cechą główną są dreszcze, drgawki, zimne poty, czyli typowe klimaty grypowe aż do objawów padaczkowych oraz bezsenności. Te wszystkie przypadłości to efekt stłumionej złości na ogół na zły los.

Jeśli w rodzinie jest osoba, czy też dziecko, które ma padaczkę to ewidentnie rodowe pokłady złości są potężne i nie jest łatwo uwolnić i przepuścić przez ciało taką energię.

 

Musisz sobie radzić sama

to naprawdę beznadziejny kod traumy rodowej. Jeśli z nim rezonujesz, masz trudne życie i zawsze zostajesz sam/a na lodzie. Przez 50 lat swojego życia nie zauważałam konsekwencji właśnie tego przekonania, choć były wyniszczające. Najpierw mąż, który robił wszystko, żeby potwierdzić w moim życiu prawdziwość tego przekonania, potem sama z trójką dzieci, w końcu sama z dzieckiem w śpiączce. Bycie samej w kłopotach było taką oczywistością w moim życiu, że nawet miałam opór, żeby sesją Life Flow uzdrowić ten kod traumy rodowej. Dopiero uświadomienie sobie, że pochodzę z rodzin zarówno ze strony matki, jak i ojca, w których kobiety zostawały same z małymi dziećmi w trudnej skrajnie sytuacji życiowej, bo ich mężowie albo szli na wojnę, albo wyjeżdżali za ocean za chlebem, skłoniło mnie do zrobienia tego kodu.

Już są pierwsze efekty. 10 dni po zrobieniu tej sesji, znalazłam wspaniałą bioenergoterapeutkę, która skutecznie i precyzyjnie pracuje z moim synem. Już nie jestem sama. A wydawało się, że nie ma nikogo, kto mógłby pomóc mnie i mojemu dziecku.

 

Złość na zły los

Przez dość długi czas myślałam o złości w bardzo stereotypowy sposób. Skoro tłumienie złości szkodzi – podobnie jak każdej innej niskiej emocji – to należy ją rozładować, rozproszyć. Nic bardziej mylnego. Od pół roku bacznie obserwuję efekty rozładowywania złości w swoim życiu.

Pokrzyczenie sobie na kogoś, zrobienie awantury nie zmniejsza złości, lecz ją zwiększa!

Przez chwilę jest rzeczywiście ulga, ale zaraz potem wszystkie pająki ezoteryczne podane wraz z podniesionym głosem wracają w zwiększonej ilości do nadawcy i złość się namnaża.

Zaczęłam więc systematycznie i z wielką konsekwencją pracować ze swoją złością techniką akceptacji cienia. O samej technice możesz poczytać  tutaj: http://zpietamiwchmurach.pl/akceptacja-cienia/

Istotą tej techniki jest to samo , co w technice uwalniania Dawida Hawkinsa: skupiasz się wyłącznie na energii, a nie na emocjach i na odczuciach w ciele.

Ja sobie wzięłam do akceptacji całość sytuacji życiowej, w której jestem. Już miesiąc zasuwam jak mały samochodzik…. Ciśnienie mi trochę spadło: z 200/100 mam 180/95, pęcherzyk żółciowy się uspokoił, a już byłam na SORze z kwalifikacją pod nóż jako ostry stan zapalny, a teraz od niebieskiej pełni, czyli od dwóch dni wykichuję i wydmuchuję wszelkie toksyny i bakterie. I śmieję się jak głupi do sera, bo takie koszmarne przeziębienie połączone z bólem głowy, dreszczami i gorączką to tylko potwierdzenie skuteczności procesu akceptacji oraz faktu, że organizm świetnie sobie radzi z wyrzucaniem niechcianych gości z pokładu.

Od strony energetycznej wcale nie wygląda to fajnie. Bowiem bakterie w organizmie wyglądają jak węże. Tak je interpretuje umysł w widzeniu wewnętrznym, gdyż przelewają się po ciele wraz z płynami, głównie z tkanką łączną. Często też do takich bakterii w organizmie podłączone są byty astralne o podobnych kształtach. Są to upadłe dusze, które żerują na energii człowieka. Na płaszczyźnie biologicznej to zwyczajne pasożyty.

Robiąc sobie biorezonans magnetyczny, łatwo sprawdzisz, co masz.

Wraz z procesem akceptacji bakterie słabną, przekształcają się w prostszą wersję, czyli w wirusy i już wtedy można je wykichać i wydmuchać. I mamy posprzątane.

Doszłam też do wniosku, że tak naprawdę nigdy nie złościmy się personalnie. Na samym dnie znajdziemy tylko bezsilną złość na życie, na swój los, którego nie akceptujemy i nie potrafimy zmienić. I taką złość ma w sobie każdy. Jeden więcej, drugi mniej… Ja mam tony, więc idzie powoli…. 🙂

Hawkins twierdzi, że w ciągu jednego życia można podnieść swój poziom świadomości, a więc też wibracji maksymalnie zaledwie o 5 punktów w skali, gdzie apatia kalibrowana jest na 40, a miłość na 540. Mam jednak nadzieję, że akurat w tej kwestii się mylił…. Zobaczymy.

Złość u Hawkinsa kalibrowana jest na 150, a rozsądek na 300. więc może to nie do końca tak jest, że jesteśmy bezsilni wobec karmy rodowej. Póki życia, póty nadziei… 🙂

Zwrócę uwagę na pewien element złości, często obecny w życiu kobiet. Jest to złość na męża, kochanka, partnera. Gdy dochodzi do sytuacji, że para się rozstaje, po kilku miesiącach kobieta łapie specyficzną chorobę o nazwie półpasiec. To jest choroba wirusowo-bakteryjna i łączy się z emocjami złości, gniewu, żalu i braku wybaczenia wobec człowieka, któremu zaufałyśmy i który nas zostawił lub oszukał. Umiejscawia się w okolicy pasa, a więc jelito grube i nerka, ale po tym jak przejdzie, jednak złość z historii życiowej nie została uwolniona, rozwija się w ukryciu, a bakterie tak jak węże przelewają się po organizmie, by po kilku latach pojawić się znów jako półpasiec na innej części ciała, dość często nawet na głowie. Zanim jednak to się zdarzy do tego miejsca, gdzie zostały resztki bakterii podczepiają się byty astralne i ciągną energię, podsycając temat, który naszym zdaniem już dawno przepracowaliśmy, odżałowaliśmy i nie powinno go być.

Gdy więc masz wrażenie, że już dawno zamknęłaś związek, wszystko wybaczyłaś, odżałowałaś, a mimo to temat co pewien czas wraca, sprawdź podczepienia energetyczne.

Podsumowując, sama nie sądziłam, że temat złości jest tak skomplikowany i tyle sieje złego w naszym życiu i organizmie. Co by nie było to wątroba odpowiada za naszą witalność…. Toteż mogę tylko każdego zachęcić do systematycznej pracy ze złością szalenie prostą i skuteczną techniką akceptacji cienia.

 

….nawet pierdzi tęczą i światełkiem.

Gdy wątroba kiepsko pracuje, natychmiast w naszym towarzystwie pojawiają się ludzie, którzy zaczynają nas pouczać, krytykować, wbijać szpile w wielce dystyngowany i wyrafinowany sposób ze świętym przekonaniem, że tylko oni mają rację i tylko oni są najlepsi.

Tak sobie wczoraj poczytałam na facebooku: chłopak napisał, że ma grypę i prosi o polecenie dobrego filmu do obejrzenia. Kilkadziesiąt komentarzy, z których zaledwie kilka podawały tytuły filmów, zaś pozostałe to były dobre rady typu co ma zjeść, co ma zrobić, że powinien spać i odpoczywać, a nie siedzieć przed tv.

Gdy tacy ludzie nagle zaczynają cię osaczać, powinno ci się włączyć czerwone światełko. To skumulowana złość domaga się uwolnienia.

Skrajną wersją tej kategorii ludzi mocno działających na wątrobę jest typ, który nawet pierdzi tęczą i światełkiem. Wiesz, o kim mówię? Wśród ludzi związanych z ezoteryką i rozwojem duchem jest dość powszechny. Nawet są portale i blogi w tym stylu. Ociekają nie tylko od dobroci, czułości, wszelkiej maści uduchowienia, ale też od wszelkiego rodzaju dobrych rad, pouczeń wypowiadanych z wyższością tego, który już nie ma karmy, zjadł wszystkie rozumy i za chwilę się rozpłynie w powietrzu z miłości do wszystkich i wszystkiego, czyli głównie do siebie i swojego wyidealizowanego obrazu przewodnika i mistrza.

Tak w sumie to nie jest aż tak dziwne, każdy lubi być ważny i błyszczeć. Pytanie tylko, z jakiego powodu tego typu osoby robią furorę i mają wielu zwolenników?

Moja odpowiedź jest taka: zwolennicy tej kategorii pseudo-guru to ludzie, którzy potrzebują autorytetu i prowadzenia. Już dawno Eric Berne odkrył, że każdy ma w sobie wewnętrzne Dziecko, Dorosłego i Rodzica. Dziecko nie ma swojego zdania, ani wiedzy, potrzebuje prowadzenia rodzica i kieruje się wyłącznie zachciankami, przyjemnościami oraz woli żyć w wyimaginowanym świecie bajek. Jeśli ktoś prezentuje taką postawę wobec życia, to będzie lgnął do wszelkiego typu pierdzących tęczą i światełkiem, którzy mu te potrzeby zaspokoją. Bowiem oni właśnie to typ Rodzica, osoby, która ma autorytet, wie lepiej, jest mądrzejsza, lepsza i prawie doskonała.

Niestety, żaden Dorosły nie da się w taki układ wmanipulować. Bowiem Dorosły ma wiedzę, dystans i zdrowy rozsądek. Łatwo rozpoznaje pozycję, z jakiej inny człowiek do niego startuje.

Chcesz poćwiczyć? Zajrzyj do dowolnej restauracji i poobserwuj sobie z godzinkę. Ten pan przy tuszy  z błyskiem w oku i niemal ślinką na ustach wącha z rozmarzeniem przyniesioną przez kelnera pieczoną golonkę w gęstym sosie z frytkami i kiszoną kapustą… Pozwolił sobie na przyjemność, której pewnie żona w domu mu nie serwuje ze względu na jego tuszę, chore serce i cholesterol. Typowe Dziecko, które nie wie, czym jest zdrowe odżywianie. Oczywiście, gdy już sobie zjadł tę golonkę, w jego umyśle włączył się Rodzic i sam siebie negatywnie ocenił, jak mógł się tak najeść takiego szkodliwego jedzenia – widać było na jego twarzy wyraźny niesmak i rozczarowanie do siebie. Za chwilę doszedł do głosu Dorosły i znalazł usprawiedliwienie dla siebie albo wybaczył sobie, bo jego twarz się uspokoiła. Potem przyjrzyj się pani, która starannie wybiera dodatki, rezygnuje z sosu do sałatki i prosi o oliwę. Je spokojnie i bez pośpiechu niewielką porcję. To jest zachowanie Dorosłego.

Tak to wygląda na codzień z różnymi sytuacjami. Gdy preferujemy postawę Dziecka i często dopuszczamy je do głosu, to w życiu spotykamy typy z kategorii Rodzic i rzadko mamy możliwość samodzielnego myślenia, ulegamy urokowi pierdzących tęczą i światełkiem i nawet myślimy, że jesteśmy szczęśliwi. Na ogół jednak czar pryska, gdy stawiamy takiego człowieka w sytuacji: „No dobra, to pokaż, co potrafisz”. Wtedy się okazuje, że nawet to, że jemu się nie udało zrobić tego, co obiecał lub o czym zapewniał, zwali na ciebie, na twój brak wiary albo coś równie niedorzecznego.

Dodaj komentarz