PRZODKOWIE MAJĄ GŁOS

Gdy wszystko przestaje działać, przychodzi moment na pytanie: czy jeszcze coś mogę zrobić? Czy też pora się poddać?… Ja się poddałam – wprawdzie z wrzaskiem i zawieruchą – ale się poddałam. Trwało to trochę… Niezbyt długo jednak, bo mam przekorę w sobie i dziką wolę walki do ostatniego tchu. Cóż… Wydaje się, że to całkiem niezła cecha. 🙂 Bo pojawiła się znów nadzieja wraz z nową metodą, a właściwie dwiema….

SIŁA ZŁEGO NA JEDNEGO

Niby niewinne powiedzenie, czy raczej porzekadło, może już nawet ma znamiona przysłowia…. Mocno mnie wkurzało, gdy moja mama bez końca je powtarzała, patrząc na mojego syna. Postanowiłam więc rozprawić się z tym hasłem w sumie płynącym z podświadomości zbiorowej, a więc będącym też bagażem rodowym.

Wykorzystałam do tego jedną z technik Instytutu Stanów Szczytowych dra Granta McFertidge  – bardzo podobną do mojej akceptacji cienia – czyt. tutaj:  http://zpietamiwchmurach.pl/akceptacja-cienia/  – z tą różnicą, że do danej sytuacji lub hasła – negatywnego przekonania, ustawia się wszystkich przodków z danej linii i robi akceptację. Proces jest ciekawy, skuteczny i efekt też jest natychmiastowy. Sesja trwa niecałe dwie godziny dla osób, które widzą i powinna być prowadzona, bo różne rzeczy mogą się przydarzyć podczas terapii. 🙂

Jak to wyglądało u mnie? Najpierw pojawił się rządek przodków z linii babci, potem dziadka; potem z linii drugiej babci i drugiego dziadka.

Przy procesie z dziadkiem zobaczyłam osobliwą rzecz: stół zastawiony suto wszelkim jadłem, dzbanami, napojami, owocami. Wszystko było w kolorze sepii, jakby z obrazu Rembrandta lub innego ze średniowiecza. Obfitość, czy co? Ale jaki związek może mieć obfitość z powiedzeniem: „Siła złego na jednego”?

Okazuje się, że ma. Obfitość cierpienia to też obfitość oceniana przez Polaków pozytywnie….

KARMA NARODOWA

Skoro się pojawiło to znaczy, że jest do akceptacji i oczyszczenia. Stukam sobie więc w punkt gamma, akceptuję, akceptuję, rozpuszczam, rozpuszczam, a obrazek nic: jak był tak jest. W końcu pytam w głowie: „co to jest?” I słyszę w odpowiedzi: „Cierpienie uszlachetnia, trudne życie to przywilej, za cierpienie czeka cię nagroda w niebie, Chrystus też cierpiał”… i kilkanaście podobnych. „Aaaa! Tu cię mam!” – aż podskoczyłam z radości – „Egregor chrześcijański i karma narodowa?” – pytam już bez emocji. „Taaaaak” – słyszę dumną odpowiedź przyciszonego i tajemniczego głosu. „Mnie na to już nie nabierzesz, o nie nie”… – pomyślałam przez moment i jeszcze solidniej stukam i robię akceptację. Grubo ponad pół godziny zajęło mi rozpuszczenie tego elementu z polskiej katolickiej podświadomości zbiorowej. Na koniec usłyszałam: „nie chcesz mnie to nie. Idę sobie gdzie indziej” i obraz znikł.

Ktoś powie, że to bez znaczenia. Niestety, nie będzie miał racji. Funkcjonujemy w określonym polu morficznym, w którym przekonania związane z naszą historią i dominującą religią są bardzo mocne i odgrywają potężną rolę blokującą w uzdrowieniu z chorób fizycznych, w rozwinięciu skrzydeł w biznesie i jeszcze w kilku równie ważnych dziedzinach życia człowieka, ale o tym przy innej okazji.

Egregor chrześcijański i karma narodowa to jedne z większych blokad utrudniających uzdrowienie ludzi przewlekle i ciężko chorych. Idzie wraz tym mało fajna energetyka niskich, pogłębiających każdą chorobę wibracji.

Cieszę się, że nauczyłam się z tym pracować. 🙂

Zwrócę tutaj uwagę tylko na jedną rzecz: w naszych kościołach czci się śmierć, a nie zmartwychwstanie. Na każdej ścianie same obrazy cierpienia, rzeźby cierpiącego Jezusa, które każdego, kto na nie spojrzy tylko bardziej dołują.

A tymczasem w ikonografii prawosławnej zawsze regułą była neutralność: twarze świętych na obrazach miały obojętny wyraz twarzy, z tym jednak, że jedna brew namalowana była w odwrotną stronę. Toteż taki sobie przeciętny wierzący, jak popatrzył na świętego i był radosny, to święty się do niego uśmiechał, a jak przychodził smutny i przybity, to święty wyglądał tak, jakby się na niego srożył i był zagniewany. No i w ten sposób obraz miał potężne działanie terapeutyczne… 🙂 Budował i dodawał sił, mobilizował do ogarnięcia się z dołków i zmartwień.

A teraz co? Zresztą, jak ktoś bywa w kościołach, choćby na wycieczkach, to warto się przyjrzeć. Gloryfikacja cierpienia to nasza cecha narodowa przeniesiona również na grunt kościelny.

4 myśli na temat “PRZODKOWIE MAJĄ GŁOS

  1. Oj takakak,
    Smutno u nas w kościołach i straszno, tak mało zachęcająco i pesymistycznie. Sama czuję tę potrzebę umartwiania się w imię szlifowania cnót 😉
    A propos samej metody: wydaje się być również rozwiązaniem w wypadku gdy o dalszych przodkach wie się stosunkowo niewiele. Trudno byłoby pracować z każdym z osobna. Mam nadzieję, że pojawi się na warsztatach u Ciebie.

  2. O tej ,,głębszej wersji” akceptacji cienia masz na mysli life flow ?? Znajoma mi napisala ze ten gosc Rodin mowi ze nie musimy brac na siebie tych przodkow i tyle .

    1. nie. Głębsza wersja to „pokoleniówka”, którą się robi w Peak States-ach. Nie musimy brać? To jest niezależne od naszej woli, ponieważ ty jako ty kształtujesz się już w gametach swoich babć, więc zaprzeczanie faktom niczego nie zmienia. To tak samo jakbyś powiedział, że nie musimy oddychać powietrzem, bo znajomy Ci powiedział, że go nie ma. 🙂

Dodaj komentarz