SIŁA SPOKOJU

 

                               Nie jest prawdą, że miłość jest najważniejsza. Spokój jest ważniejszy. Bo właśnie spokój jest jasny i prosty do zdefiniowania, a przy tym nikt na tym słowie nie uprawia płytkiej demagogii. Toteż łatwiej dzięki temu słowu być zrozumianym i skutecznym. A w życiu spokój jest jedyną droga do zrozumienia, akceptacji i zmiany.

 

O MIŁOŚCI RAZ JESZCZE…

                          Słowo „miłość” to nie tylko w kościele katolickim, ale również we współczesnej ezoteryce tak koszmarny i pusty frazes, że można już na nim robić tylko biznes. I sądzę, że jest wielu, którzy się ze mną zgodzą. Bo są słowa, których nadużywanie niszczy ich sens i moc. Temat jest na  tyle skomplikowany, że nie sposób nikomu udowodnić, że kłamie mówiąc o miłości. Dlaczego? Ponieważ najgłębszy sens słowa „miłość”, czyli jego doświadczenie na sobie i w sobie człowiek koduje we wczesnym dzieciństwie. I są to kody najróżniejsze, bowiem oparte o zachowania i emocje naszych najbliższych z tego czasu. Śmiem więc twierdzić, że bardzo niewielu ludzi ma niewypaczone zapisy o tym, czym jest miłość. I każdy, ale to dokładnie każdy inaczej to słowo rozumie, przeżywa i odbiera. Na ogół – zamiast miłości – mamy w sobie zapisy strategii, sposobów, jak walczyć o czas, uczucia, uwagę i akceptację matki i ojca lub innych osób znaczących. Co zresztą w życiu dorosłym pięknie i jasno odzwierciedlają nasze związki.

                                 Toteż w temacie mówienia o miłości mam jasne zdanie:

Unikam ludzi, którzy odmieniają słowo „miłość” przez wszystkie przypadki często i gęsto. Wiem, że to propaganda.

Wiem też, że zaledwie kilkaset ludzi na Ziemi (no, może kilka tysięcy) jest na poziomie 540, czyli wibracji serca, wibracji miłości.

                                 Uważam, że zwykły pies ma większy dostęp do serca i energii miłości niż niejeden człowiek. Bowiem dla psa postawa akceptacji i radości życia jest wrodzoną i bardzo trudno jest zniszczyć to w nim. Choć są tacy, którzy to potrafią. W każdym razie merdający ogon psa i jego wlepione w nas ślepia to jest autentyczne doświadczenie miłości, które każdy psiak chce nam ofiarować. Pies doświadcza tego uczucia całym sobą i całym sobą je wyraża i całym sobą daje. Kto z ludzi to potrafi?

 

USIĄDŹ NA KARNISZU

                                           Dlatego zajmijmy się lepiej tym, co osiągalne, zrozumiałe i potrzebne, by życie stało się lepsze i łatwiejsze. Co dzień mamy sytuacje, które wyprowadzają nas z równowagi: wyciągają z nas lęki, złość, zazdrość, wściekłość, bezradność, apatię, poczucie osamotnienia, zagubienia, niską samoocenę, żal i ból, czasem brutalną nienawiść, poczucie bezsensu życia i rozpacz. To są emocje, które odbierają spokój i zrównoważone traktowanie siebie i życia.

                                     Powstaje jednak pytanie: „Czy to wszystko jest nasze?” – Bardzo często tak. Dopiero, gdy zaczynamy sprzątać w sobie, okazuje się, jakie potężne pokłady niskich emocji mamy w sobie. I wydaje się chwilami, że nie sposób tego przepracować. Im więcej traum w życiu, tym więcej do roboty… Ale z czasem robi się jaśniej. Trzeba tylko zaakceptować proces, dać sobie czas, trochę spokoju i dostosować się do własnego tempa bez oceniania i popędzania.

                               Ale zdarza się też tak, że świat sprawdza, czy wyciągnęliśmy wnioski z naszej pracy ze sobą i dobrze je zapamiętaliśmy. I pojawiają się w naszym życiu ludzie – często z rodziny – którzy chcą nas wciągnąć w swoją burzę, zamęt i pokręcone klimaty oceniania, fałszywych przekonań. Co wtedy? Jak nie dać się w to wciągnąć?

                                  Prostą metodą sprawdzenia, czy niskie emocje są nasze, czy tylko jest to prezent od osoby, która ma tego nadmiar  jest technika „usiądź na karniszu”.  Wyobrażam sobie, że zamiast w środku zdarzenia, które właśnie się dzieje znajduję się pod sufitem, siedząc sobie na karniszu i machając nogami. Dzięki temu widzę całą sytuację z góry, więc z zupełnie innej, zdystansowanej perspektywy. No i co się wtedy dzieje? Najczęściej wybucham śmiechem i jest to znak, że cała sytuacja jest próbą wkręcenia mnie w wir niskich emocji innej osoby. Dzięki temu mogę przerwać całe zdarzenie, wycofać się z niego bez szkody dla siebie. Bowiem to spokój jest najcenniejszą rzeczą, o jaką warto dbać na co dzień. Jest to bardzo deficytowy towar w naszych czasach.

                            Druga metoda na trudne i pełne niskich emocji zdarzenia w codziennym życiu to postawienie „niskiego murku”. To – o ile pamiętam – technika z „Lekcji Tobiasza” Hicksa. Polega na tym, że w momencie, gdy zauważymy narastające emocje podczas rozmowy z innymi ludźmi, wyobrażamy sobie niski murek, który stawiamy przed sobą i dalej prowadzimy rozmowę wychylając tylko głowę do naszego rozmówcy zza tego murku.  I jedna i druga metoda są skuteczne. Sprawdziłam wielokrotnie.

Dbanie o swój spokój wewnętrzny i umiejętność wprowadzania go do życia własnego i innych ludzi to podstawa zdrowia i higieny emocjonalnej człowieka.

                                     Mam koleżankę, która mówiąc słowo „spokój” i opuszczając ręce w dół wprowadza spokój nie tylko w sobie, ale w całe otoczenie. Samochody spowalniają, ludzie przestają gonić, świat wygląda, jakby nagle film był puszczony w zwolnionym tempie. Dlatego warto zapamiętać świadomie stan głębokiego spokoju, np. z medytacji i dołożyć do niego kotwicę – jakiś prosty znak, który za każdym razem, gdy go wykonamy, będzie w nas przywoływał automatycznie to doświadczenie. To ułatwia życie.

                                            Gdy się boimy lub jesteśmy w stresie, np. przed egzaminem, trudną rozmową z szefem,  ciało robi się spięte i sztywne, nadnercza produkują dużo kortyzolu, a mózg funkcjonuje na falach beta 2, które są falami stresu. Taki stan powoduje pustkę w głowie, różne reakcje ciała od pocenia się dłoni, przez gulę w gardle, nieprzyjemne odczucia w żołądku aż po biegunkę, szczękościsk, kołatanie serca i inne reakcje ciała mało przyjemne. W efekcie prowadzi to do nerwicy, bezsenności i wielu innych chorób.

                                         Natomiast, gdy jesteśmy rozluźnieni –  spokojni – po prostu wyluzowani , nasz organizm również jest rozluźniony, zrelaksowany, a nasze myśli spokojne. To jest stan alfa, najlepsza długość fal mózgowych dla kreatywności, zdrowia i synchronicznośći w naszym życiu. 

                            Przypomnij sobie np. moment, gdy w niedzielę lub inny dzień, gdy nie masz żadnych obowiązków, budzisz się i leżysz w zadowoleniu w cieplutkim łóżeczku bez konieczności spieszenia się, myślenia o różnych sprawach, które na co dzień masz do załatwienia. Dołóż to tego stanu świadomie jakiś gest, np. dotknij dłonią czoła, ustanawiając w ten sposób kotwicę, która w każdej sytuacji będzie cię wprowadzać w ten stan.  I już zawsze masz skuteczny i prosty sposób osiągania stanu alfa i spokoju wewnętrznego.

                                      Warto pamiętać jednak, że większą część życia spędzamy aktywnie i mózg jest na falach beta, które są falami związanymi z działaniem. I to jest ok. Natomiast szkodliwe są dla nas fale beta 2, fale stresu. One pojawiają się, gdy człowiek nie umie „przełączać się” na fale alfa. 

                                        Umiejętność łatwego przechodzenia z fal beta na fale alfa jest tym, co stanowi o jakimkolwiek sukcesie i zdrowiu każdego jednego człowieka na świecie. Ta umiejętność jest też mierzalna, w skrócie nazywa się ją SMR. Dlatego warto sobie opracować swój sposób osiągania wewnętrznego spokoju, łatwy „przełącznik” w postaci kotwicy i używać na co dzień. 🙂

 

ŚMIEJ SIĘ DO ŁEZ

                                   Jest 5 żywiołów: żywioł ognia, wody, ziemi, drzewa i metalu. To w medycynie chińskiej. W buddyzmie są żywioły: ziemi, ognia, wody, powietrza i przestrzeni. Do każdego żywiołu przyporządkowane są duchy, czyli określona moc duchowa. Jednakże jest jeszcze jeden żywioł o wielkiej mocy duchowej: jest to żywioł śmiechu, poczucia humoru.

                                   Nie każdy ma poczucie humoru. Niektórzy w naturalny sposób umieją śmiać się z sytuacji, ludzi, siebie samego. To ostatnie jest najtrudniejsze i jest wyrazem sporej mądrości, do której dochodzi się stopniowo. Poczucie humoru wypływa bowiem ze zrozumienia swojej kondycji w świecie, a to wymaga doświadczenia, wiedzy, otwartego umysłu i akceptacji siebie i świata oraz dużego dystansu. Toteż chętnie przebywam z ludźmi, którzy tacy są. Był czas, gdy śmiertelnie poważnie traktowałam swoją – skądinąd trudną ścieżkę życia – efekty tego były opłakane. Pierwsze przekonanie, które znacząco wpłynęło na podwyższenie mojego poziomu poczucia humoru i dystansu do siebie i świata brzmiało: „Nie ma co życia brać na poważnie, bo przecież i tak nikt z nas nie wyjdzie z tego żywy”.  Dzięki tej prawdzie przestałam się bać zwłaszcza lekarzy, bo tylko oni potrafili doprowadzić mnie do skrajnego doła. A potem już było z górki… 🙂 Polecam każdemu znalezienie takiej prawdy, dzięki której będzie mógł zmniejszyć ważność i powagę absolutnie wszystkiego.

                                      Gdy długo żyjemy w stresie, w lęku i poczuciu zagrożenia, zarówno spokój wewnętrzny, jak i uśmiech, czy też poczucie humoru są stanem wręcz tak odległym i niemożliwym do osiągnięcia jak Mount Everest.

I co wtedy?

                      Są dwa na to proste sposoby. Pierwszy sposób to położenie się na dużej piłce na plecach i wyciągnięcie ramion do tyłu, za głowę. Rozciągniemy w ten sposób tułów i przeponę, przez co uwolnimy zblokowaną energię ze splotu słonecznego, przez który oddajemy i przyjmujemy najwięcej energii emocji.

                         Drugi sposób to śmiech. Ale jak tu się śmiać, gdy jesteśmy w dramatycznej sytuacji?

                      Mnie się coś takiego zdarzyło… Trochę ponad sześć lat temu synowi rozpadała się lewa nerka. Lekarz powiedział, że ból rozpadania się nerki jest bólem ekstremalnym. Kornela nie przyjęto do szpitala. W domu miał podłączone kroplówki, antybiotyk dożylny i dochodzącą pielęgniarkę ojomową. Dodatkowo pracowały z nim energetycznie trzy osoby i ja. Po miesiącu byłam wrakiem człowieka: spałam po dwie, trzy godziny, prawie nie wychodziłam z domu i nie jadłam. Nerka się rozpadła, ale zrobiła się ostra trzustka i ropne zapalenie pęcherza moczowego Wszystko wskazywało na to, że Kornel umrze. A ja już nie miałam sił.

                                            Przyjechała wtedy do mnie znajoma, której ani specjalnie dobrze nie znałam, ani nie lubiłam, ale zaprosiła mnie na koncert muzyki hinduskiej do krakowskiej Mangghi, na który kupiła już bilety. Cóż było robić? Poszłyśmy.

I to była największa heca, jaka mi się przydarzyła do tej pory w Krakowie. Usiadłyśmy sobie w eleganckiej sali z ładną sceną i rozpoczął się koncert. Już po pierwszym występie miałam mocne odczucie, że muzycy i tancerze są dziwnie spięci i zakłopotani, jakby przestraszeni, a ich gra, taniec i śpiew są bardzo daleko od jakiejkolwiek w miarę dobrej jakości wykonania. Kolejne występy tylko potwierdziły moje spostrzeżenia.

Pomyślałam sobie, że biedny będzie dyrektor artystyczny Mangghi, który tak zachwalał zespół na wstępie, po zakończeniu ich występu. Twierdził bowiem, że zespół przyjechał z samej stolicy Indii, gdzie był bardzo popularny, ale chyba zapomniał dodać, albo sam nie wiedział, że byli to grajkowie uliczni, którzy na dużej scenie czuli się po prostu zagubieni, przerażeni i przestraszeni.

                                          Dla mnie w tamtym momencie była to tak kosmicznie rozśmieszająca i groteskowa sytuacja, że jako jedyna śmiałam się w głos przez ponad godzinę koncertu. Kulturalna widownia zaledwie pochrząkiwała lub podśmiechiwała się lekko, a ja śmiałam się do rozpuku.

                                           Ktoś może powiedzieć, że mam marginalne poczucie humoru, ale  to nieważne. Ważne było to, że zanosząc się wręcz ze śmiechu i niemal płacząc z chichotu, rozluźniłam przeponę, zaciśniętą szczękę, dotleniłam mózg i uwolniłam potężne ilości lęków, zmęczenia i przerażenia własnego, przez co uratowałam życie sobie i Kornelowi.

                                           Zawsze szukaj  rzeczy, które cię rozśmieszają, które uważasz za zabawne.

                                   Warto  też co pewien czas zdawać sobie sprawę z ułożenia kącików ust. Przyjrzyj się ludziom jadącym w tramwaju: usta większości są wykrzywione w podkówkę. Jeśli będziesz pilnować i podnosić do góry kąciki ust, to mózg automatycznie zacznie myśleć jaśniej i pozytywniej. Taka banalna rzecz, a ma moc.

Bo uśmiech ma naturalną moc przywracania równowagi nie tylko spiętej i zmęczonej lub obolałej twarzy, ale też wprowadzania do organizmu naturalnych endorfin, odpowiedzialnych za nasze doświadczanie szczęścia.

2 myśli na temat “SIŁA SPOKOJU

    1. Kocham Cię, Aneczko 🙂 jesteś jedną z niewielu, która rozumie, że potrzebuję odzewu. 🙂

Dodaj komentarz