suplementy i … moje 3 grosze.

                                       13 lat temu odwiedziłam znajomego biznesmena w jego biurze. Na biurku miał ustawione kilkanaście buteleczek, które wyglądały jak lekarstwa. Ze zdziwieniem zapytałam: „Chorujesz?” – „Nie… To tylko suplementy.” – odpowiedział z uśmiechem. „Aż tyle?”  – „No, tak. Te na witalność, te na nerki, to na układ nerwowy i koncentrację…” – wskazywał na kolejne buteleczki – „w sumie 10 – 15 tabletek 2 lub 3 razy dziennie”. – „Ooo… to dbasz o siebie” – powiedziałam głośno, a w duchu pomyślałam: „Hipochondria, czy co?” Wtedy to był temat nowy, ale też na topie, tylko że dla wąskiej grupy ludzi: bogatych i tzw. uświadomionych.

Biznes, reklama i moda

                                   Nawet nie sposób się odnieść do tego, co jest obecnie w temacie suplementów i naturalnego leczenia. Wszędzie i dookoła same suplementy:

  • 90% półek w każdej aptece zajmują witaminy, preparaty ziołowe, oleje, syropki, aloesy, itp. preparaty.
  • W internecie stron z suplementami jest bez liku i na każdej zachwalane są tylko i wyłącznie artykuły jednej firmy – tej, którą towary dana strona sprzedaje.
  • Dodatkowo: blogi i grupy na fejsbuku.
  • A na koniec jeszcze autorytety bezsporne w tej dziedzinie, typu pan Zięba i ich strony internetowe oraz ich „markowe” produkty.

                                    Był moment, gdy dałam się ogłupić i kupowałam dla mojego syna całe stosy tychże suplementów. Od srebra koloidalnego przez soki Mona Vie oraz sok Noni aż po spirulinę, chlorellę, wyciągi najróżniejsze, kolagen, minerały, kudzu, itp. Zdarzyło mi się nawet sprowadzać takie specyfiki ze Stanów. Wydałam górę kasy na tego typu uspokajanie sumienia, że robię wszystko dla mojego syna, ponieważ potrzebowałam prawie dwóch lat, żeby zmądrzeć. Aż tak długi czas tłumaczyłam sobie, że te suplementy pomagają. Wprawdzie efektu nie było widać, ale – skoro tak piszą w internecie, że pomaga – to na coś pomaga. Bo gdybym nie dawała synowi tych suplementów, to może byłoby gorzej albo nawet by umarł. Kto wie. Tym bardziej, że większość z nich pomagała nawet na raka – tak przynajmniej przeczytałam w internecie.

W końcu przewlekłe zapalenie trzustki u syna zmusiło mnie do odstawienia wszystkich takich osobliwych specyfików. I co? I nic. Nie umarł, nie pogorszyło się. Trzustka wyzdrowiała. Dziś daję tylko ziółka tybetańskie, witaminę B12 i kompleks witamin dla grupy krwi B. Miesięcznie zostaje mi w kieszeni ponad 1000zł.

                               Co ciekawe. Tydzień temu rozmawiałam z moją koleżanką, która na kurkuminę i parę innych suplementów wydała niemal całą swoją emeryturę. I co mi powiedziała? Dokładnie to samo, co ja myślałam przez prawie dwa lata, zanim zmądrzałam: „No, wiesz… Nie pomogło wprawdzie na tę chorobę, na którą te specyfiki kupiłam, ale pewnie pomogło na co innego. Taka kurkumina ma przecież działanie przeciwzapalne, więc na cały organizm działa. A poza tym ja sobie zawsze tłumaczę, że skoro to kupiłam i zjadłam, to było mi do czegoś potrzebne, wzmocniło organizm chociażby”.

Mogę się założyć, że jest to myślenie powszechne. 🙂 Tylko skąd się bierze? Przecież jeśli coś nie działa, to nie działa.       I tyle. Wtedy zwyczajnie idziemy do sklepu z reklamacją i zwracamy towar.  Niestety, na suplementy gwarancji działania nie ma. I to jest dźwignią tego biznesu. Nie ma gwarancji, nie ma odpowiedzialności, nie ma zwrotów. To po pierwsze.

                                         Po drugie: jesteśmy przyzwyczajeni przez lekarzy i farmację, że jeśli coś boli, to bierzemy tabletkę. Tak działa współczesna medycyna konwencjonalna. Tak działa też reklama medycyny konwencjonalnej: „Boli? – weź APAP” – chyba najpopularniejszy  tekst w tv. Więc cóż. Ci, którzy handlują suplementami mają już grunt przygotowany. Wystarczy dodać, że naturalne i pomaga na wszystko. W kwestii „naturalne” – da się sprawdzić, toteż takie jest, natomiast „działa na wszystko” albo „na raka” czy inną dolegliwość – to już bez znaczenia, bo nie ma gwarancji skuteczności. Wystarczy zapłacić blogerowi lub innemu tak zwanemu znawcy tematu, a napisze wszystko. Tym bardziej, że można napisać, że są to wyniki badań ze Stanów, Kanady. Temat jest totalnie nie do sprawdzenia.

Po trzecie: wzięcie tabletki jest znacznie prostsze i wygodniejsze niż na przykład zabiegi fizjoterapeutyczne, masaże, terapie naturalne.

                                 Ponadto w przypadku choroby dokładnie każdy marzy i chciałby dostać lekarstwo, które działa natychmiast i czyni cuda. 🙂 Toteż takie zapewnienia również dostajemy. Szczytem bezczelności jest wypisywanie, że sok z buraka wyleczy z nowotworu złośliwego, kurkuma na czczo lub witamina c lewoskrętna zdziała cuda i tym podobne teksty. Niestety, w chwili obecnej niewiele osób potrafi krytycznie i z dystansem spojrzeć na tego typu zapewnienia. Reklama robi swoje. To jest zwyczajne kodowanie podprogowe i znacznie groźniejsze niż reklama telewizyjna, bo bezceremonialne i nie obawiające się konsekwencji utraty dobrego imienia, pociągnięcia do odpowiedzialności za szkodzenie innym na zdrowiu i narażanie na utratę zdrowia – jak to jest w przypadku lekarzy medycyny konwencjonalnej.

Ktoś powie:

ALE MNIE POMOGŁO….

                                         Zgodzę się, że jest grupa ludzi, którym suplementy pomogły na jakieś dolegliwości. To jest tak samo jak z czosnkiem. Każdy wie, że działa na przykład na przeziębienie, czy też inny nieduży stan zapalny w organizmie. Jednakże każdy też wie, że branie go w przypadku zapalenia płuc jest raczej kiepskim pomysłem i mało skutecznym. Gdyby w ten sam sposób każdy podszedł do innych naturalnych specyfików i zamiast wydawać krocie na kurkuminę, dodawał ją stale do potraw w swojej kuchni jako przyprawę, to miałoby to sens. Bo kurkuma ma siłę działania taką jak czosnek: działa przeciwzapalnie, więc może zapobiegać drobnym stanom zapalnym, wspierać zdrowie, ale to wszystko. I tak jest z każdym jednym suplementem. Sok z buraka też jest zdrowy, warto go pić – o ile nie ma się wrzodów lub innych problemów gastrycznych – jednak bez szaleństw: łudzenie się, że wyciągnie nas z przewlekłej lub śmiertelnej choroby to prawie jak skok z samolotu bez spadochronu.

Aleee…., przecież kogoś , a może nawet więcej niż kogoś suplementy i przysłowiowy sok z buraka z choroby nowotworowej wyciągnęły. Po pierwsze nie ma w tym temacie żadnych badań, żadnej rzetelnej dokumentacji. Nic. Tylko plotki. Co jednak nie znaczy, że nie może to być prawda. Może. Efekt placebo działa w 30 do 50 %. I to akurat jest udowodnione. 🙂

Kasa…, kasa…

                                     ” Szlachetne zdrowie – nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz”…  – klasyk do dziś aktualny. Gdy zaczynamy chorować – z mety wydajemy pieniądze. Albo na leki, albo na witaminy, albo na suplementy, albo na terapie lub przynajmniej na miód i cytrynę w najlepszym razie. Bo nikt nie lubi być chory. Oznacza to również, że leki zawsze były i będą najlepszym biznesem bez ryzyka utraty zainteresowania klientów. Wszyscy widzą też, że bycie lekarzem, czy farmaceutą lub posiadanie apteki oznacza dobrobyt i przyjemny status ekonomiczny.

Od jakiegoś czasu do tej grupy społecznej dołączyli właściciele sklepów internetowych z suplementami, autorzy książek o suplementacji lub o tak zwanych naturalnych, ukrytych terapiach oraz blogerzy namiętnie wychwalający suplementy, mnożący ilość przepisów na uzdrawiające herbatki, mikstury o cudownych właściwościach.

                                 Ostatnio pojawiła się w internecie specyficzna dyskusja pomiędzy panem Jaroszem (lekarzem i właścicielem firmy handlującej sprzętem medycznym) i panem Ziębą ( autorem książki „Ukryte Terapie” oraz właścicielem sklepu internetowego z suplementami) stanowiąca kwintesencję problemu suplementów i leczenia nimi ludzi. Otóż obaj panowie (oprócz tego, że wytykali sobie różne inne rzeczy) zarzucali sobie zgodnie, jednogłośnie i nawzajem, że zarabiają miliony na tym, czym się zajmują. I niech to będzie podsumowaniem i trzeźwiącą informacją dla każdego chorego. Bo na pewno w tym wszystkim nie chodzi o jego zdrowie, a jedynie o pieniądze i biznes.

 

8 myśli na temat “suplementy i … moje 3 grosze.

  1. Najsmutniejsze jest to, ze to sa doktorzy, autoryteci z charyzma. Posluchajcie sobie zieby to sie zakochacie, a to skur**** jakich Malo.
    Jak mozna mowic ludziom, ze sok z buraka, pestki z moreli lecza raka itd. Wyobrazcie sobie, ze jestescie lekarzem:
    Przychodzi do was pacjent, zalamany, ze lzami w oczach I mowi, ze jego zona juz umiera. Czy majac wielki autorytet ,POWIECIE ze ma cudowny lek. Ale tym razem to nie SA pestki jablka. Teraz mam lek odrzutowiec co zwalcza w 3dni. Uzasadnia to Na poziomie duchowym, ze swiatynia potrzebuje trzech dni by zmartwychstac. To jest cud. A ze z prochu jestes i w proch sie obrucisz to musisz zjesc cudowny proch przywieziony z jerozolimy. No I zalamany facet jest bardziej zalamany, Bo cena to 10tys. A doktor mowi z sensem i badania potwierdzania 100% skutecznoscia.

    I facet kupi- dla zony.
    To normalne, znam.

    Pozdrawiam.
    sa normalne, sensowne rozwiazania leczenia choroby, Na wielu poziomach

    1. Szanowny Adam,mieszkam w Niemczech ( studiowalem immunologie na UJ).Co do pestek moreli i raka mam dla Ciebie informacje uzysana na Konferencji zdrowia dla Lekarzy w Baden Baden 2015-Dla uzmyslowienia sobie :byl wyklad lekarza z Monachium dr Probst..On leczy raka wlasnie Vit B17..Podaje sie zatrzyki 18 gramow tej substancji dozylnie..w przeliczeniu na pestki jest to 36 000 pestek.przy czym podaje sie kilka zatrzykow…tak wiec pestki moga pomoc ale nie w ostrych przypadkach lecz jako czesc diety przez cale zycie..Dr Probst zajal sie pytaniem dlaczego Vit B17 rowniez moze nie dzialac..sa 2 formy L i D (skrecanosc )tylko jedna forma jest aktywna przeciw rakowi..Przy produkcji nie fachowej poprzez niedokladne kontrolowaniu podgrzewaniu roztworu nastepuje zamiana czynnej formy na nie czynna..I dlatego przed podaniem konieczne jest zbadadanie na refraktrometrze zawartosci formy L i D..Co do soku z cz.buraka to sok musi byc przefermentowany w przeciwnym razie zawierajac glukose zywi raka..Substancja zawarta w soku wzbogaca pobieranie tlenu-dzeje sie to poprzez mineral Organiczne Germanium…malo znane w Pl ale sa ksiazki na ten temat np dr Sandra Goodmann tytul Organiczne Germanium…na amazonie do nabycia za 8 eu w angileskim i nemieckim j

  2. nie używam nie kupuję żyję i mam sie całkiem dobrze. Nigdy nie wierzyłam w takie reklamy, cudownych nasion i soków. Moim zdanie wystarczy podstawowa wiedza o ziołach i zbożach dostępnych w Polsce, żeby radzić sobie całkiem dobrze. 🙂

  3. Wpis ciekawy, ale ja jestem za zlotym srodkiem. Najwazniejsza jest dieta, której podstawa musi byc naturalne, nieprzetworzone jedzenie. Suplementy maja swoje miejsce ale powinny byc zapisywane przez doswiadczonego dietetyka, no i zgadzam sie, ze ludzie szukaja magicznych tabletek, zamiast wziac sie po prostu za zdrowy tryb zycia – dobre jedzenie, nie za duzo + ruch + relaks a nie ciagle zamartwianie

    1. dokładnie tak 🙂 poczytaj moje wpisy: Składowe długiego zdrowego życia oraz Jedzenie i żywioły i pozostałe z zakładki Zdrowie 🙂

  4. Dla mnie suplementy to świeże powietrze, chodzenie boso po ziemi, słońce, śmiech, woda, radość, szczęście i dobre myśli 🙂

Dodaj komentarz