szkoła a pies i kot…

W szkole uczyli nas dziwnych rzeczy, których w dorosłym życiu nigdy nie wykorzystaliśmy. No, chyba, że zostaliśmy nauczycielami… 🙂

Wchodzimy w dorosłe życie i nie umiemy opiekować się sobą, ani dzieckiem, nie rozumiemy ani siebie, ani innych, płeć przeciwna jest też zagadką… Duchowość? – jaka duchowość?, co najwyżej histeryczna reakcja na osobliwe zdarzenia z naszego życia.

A GDYBY TAK?

A gdyby tak w szkole – zamiast matematyki, języka polskiego i paru innych dziwnych przedmiotów – była psychologia, astrologia, nauka intuicyjnego malowania, nauka masażu, nauka tańca lub innych technik pracy z ciałem? Chcielibyście? Ja bardzo bym chciała. Życie byłoby wtedy łatwiejsze, a ludzie znacznie szczęśliwsi.

Co więcej w takiej szkole nie byłoby nieuków, ani gorszych, ani lepszych, ani prymusów, czy lizusów. Każde dziecko zajęte byłoby poznawaniem siebie i odkrywaniem swoich możliwości, swojego duchowego potencjału.

Gdybym chodziła do takiej szkoły, nie klęłabym, że traciłam czas na wkuwanie kretyńskich wierszyków, tablic matematycznych i chemicznych oraz systematyki z biologii po łacinie, zamiast przyglądać się i rozpoznawać własne zdolności i moc.

Czy mam żal? Jasne, że mam.

To, że znów doszli do władzy ludzie, którzy wracają do komunistycznych schematów kształcenia, indoktrynacji opartej o religię i poglądów ludzi z demencją starczą nie jest przypadkiem. To skutek tego, że następne pokolenie, czyli moje pozwoliło na to, żeby naszym krajem rządzili ludzie, którzy powinni już dawno cicho siedzieć na zapiecku. Moje pokolenie wyparło się siebie. Schowało się w kącie, zostało wykluczone z historii dziejów, bo poddane doktrynie od dzieciństwa, w końcu ją odrzuciło, ale odrzuciło totalnie, rezygnując z wszelkiej formy zaangażowania społecznego. I w ten sposób komunizm wrócił pod postacią rządów stetryczałych ludzi o mentalności z tamtych czasów.

Jeszcze niedawno wizja szkoły wolnej, przyjaznej dziecku – pełnoprawnemu człowiekowi wydawała się możliwa, realna. Sama byłam w kilku, gdzie mądrzy dyrektorzy wraz z rodzicami realizowali piękne artystyczno-rozwojowe projekty nauczania. W tym momencie zaistniała tylko jedna opcja: szkoły publiczne będą miejscem wszelkiej deprawacji mentalno-duchowej, a nieliczne prywatne spotkają się z różnymi ograniczeniami. Przykre.

Co się stanie z tyloma dziećmi indygo i kryształowymi, dla których zostawianie ciała i podróże niefizyczne są oczywistością?

Wszystkie trafią do psychiatryków albo zamknie się je w domu jako nieprzystosowane lub z fobią społeczną i zaleci nauczanie indywidualne? Oto jest pytanie.

 

DZIECKO MA PRAWO

W polskiej historii, ale też w rzeczywistości współczesnej, model rodziny oparty jest na władzy. W domu rządzą albo matka, albo ojciec, albo naprzemiennie. Mylę się? Nie, nie mylę się…

Zwróć uwagę, że każdy nauczyciel – choćby znał całą górę metod aktywnych pracy z dzieckiem – w którymś momencie wpada w rutynę i zaczyna powtarzać schemat, który zapisał mu się w podświadomości: stosuje taki sposób nauczania, jakim jego uczono. Wraca więc do najbardziej szkodliwej dla dzieci, a najbardziej wygodnej dla siebie formy przekazu wiedzy: gada jak nakręcony przez całą godzinę niczym ksiądz na kazaniu. A dzieci mają siedzieć cicho.

A co robią rodzice? Wracają z pracy zmęczeni, więc każą też siedzieć dzieciom cicho. Nie są grzeczne? Nie słuchają się? No to krzyczą lub wprowadzają kary. Świetnie to widać w miejscach publicznych. Dziecko się wierci, nudzi, zaczyna popłakiwać, a rodzic potrząsa nim, karci, upomina: „nie rusz, zostaw, przestań, tak nie wolno, bądź grzeczny”.

W szkole to samo: dzieciaki siedzą w ławkach pół dnia widząc tylko nawzajem swoje plecy… I twarz nauczyciela, która powtarza te same nakazy i zakazy, co rodzice…

Tymczasem dziecko ma prawo do przyjęcia go takim, jakim jest: ma prawo do szacunku. A szacunek do kogokolwiek to przede wszystkim pozwolenie na bycie sobą poprzez danie przestrzeni do wyrażania siebie, do mówienia tego, co się czuje i co się myśli. To również danie przestrzeni do poznawania świata, ludzi, siebie i do tworzenia.

Dlatego każde dziecko ma prawo do opieki nieustającej jednego z rodziców przez całe swoje dzieciństwo. Bo może wtedy liczyć na odpowiedzi do swoich pytań o świat, może prosić o uwagę, by opowiedzieć, co czuje. Ma prawo czuć się zaopiekowanym w każdym aspekcie swojego istnienia. Powinna to też oferować szkoła. Nie oferuje. Po co jest więc? – By niszczyć? Wydaje się to wielce prawdopodobne…

KAŻDE DZIECKO ZASŁUGUJE NA PSA

Nie wiem, czy jest skuteczne antidotum na to, co się dzieje w polskich szkołach i rodzinach, gdzie oboje rodzice pracują i dzieci nie są zauważone.

Wiem jednak, że można chociaż trochę zrównoważyć brak szacunku dla dziecka, który jest powszechny.

Można kupić dziecku psa. To nie jest żart. 🙂

Każdy psycholog  wie, że rozwój emocjonalny dziecka jest lepszy i łatwiejszy, jeśli dziecko wychowuje się ze zwierzakiem, którego można przytulić. Potwierdzają to liczne badania naukowe. Dla dzieci niepełnosprawnych dogoterapia i hipoterapia są podstawowymi formami pracy terapeutycznej.

A ja dodam od siebie dwa fakty:

  • merdanie ogona psa kalibrowane jest w zakresie wysokości wibracji na 500, tak samo jak Miłość rozumiana jako pochwała istnienia,
  • wibracje kota są na poziomie 300, czyli dokładnie ten sam zakres, co poziom odwagi.

Nietrudno więc wysnuć wniosek: gdy dajesz dziecku psa – dajesz mu Miłość, której sam nie masz czasu okazać; dajesz mu prawdziwego przyjaciela na dobre i na złe, dzięki czemu twoje dziecko zawsze będzie się czuć zaopiekowane, nawet gdy ciebie przy nim nie będzie. Gdy dziecko wychowuje się w towarzystwie kota, dostaje od niego wibracje odwagi do bycia sobą, do wyrażania głośno swoich uczuć i do określania granic i mówienia nie.

Prosty sposób, czyż nie?

Psiak wprawdzie wszystkiego nie załatwi, ale wiele zmieni na lepsze. Opowiem tu historię jednego chłopca, który nagle zaczął sprawiać dużo kłopotów. Matka przyszła z nim do ośrodka terapeutycznego, który kiedyś prowadziłam, bo miał orzeczoną niepełnosprawność umysłową w stopniu lekkim. Narzekała, że syn nie radzi sobie w szkole, że zaczął się moczyć, pojawiło się jąkanie i płacz bez powodu. Zostawiła go ze mną na pół godziny i poszła coś załatwić. Trochę pogadaliśmy. W pewnej chwili do pomieszczenia wszedł mój pies. Wtedy mieliśmy dużego czarnego charta polskiego. Wprawdzie imię miała (bo to była suczka) zwiewne i niewinne: Fikusia, to jednak jej rozmiarówka większość ludzi ustawiała na baczność. Tymczasem 10-latek podszedł do niej z uśmiechem i radością. Pytam więc: „Masz psa?” -„Miałem” – padła pełna smutku odpowiedź. Potem opowiedział mi o swoim przyjacielu, którego pewnego dnia mama postanowiła oddać komuś innemu, bo stwierdziła, że za dużo przy nim roboty. I oddała.

Po powrocie  matki wyjaśniłyśmy kilka kwestii: syn zostawał sam w domu od małego, bo ona sama go wychowywała, więc kupiła mu psa, żeby nie czuł się samotny. Jednak teraz już był duży, przy tym nie radził sobie z wyprowadzaniem dużego psa (bo też był duży – tak jak mój), a ona znalazła sobie partnera i nie miała tyle czasu, żeby „latać jeszcze z psem”. Dlatego psa oddała. – I nie widzi pani związku pomiędzy tymi dwoma faktami: zabranie psa dziecku i załamanie się emocjonalne syna? – Nie widzę. On to rozumie. Powiedziałam mu, że tak musi być i tyle. Teraz ma się uczyć. Jeszcze próbowałam wyjaśniać, prosić, żeby jednak odzyskać tego psa i zwrócić go chłopcu. Pani się na mnie obraziła i poszła sobie, ciągnąc syna za rękaw. Do dziś pamiętam jego smutek w oczach i poczucie skrzywdzenia, które biło z całego ciała chłopca.

 „ŚCIEŻKA MIŁOŚCI”

„Wyobraźmy sobie dwu- lub trzyletnie dziecko bawiące się i biegające po parku. Jest przy nim mama.
Bacznie obserwuje i boi się, aby dziecko nie upadło i nie zrobiło sobie krzywdy. W pewnym momencie
chce je powstrzymać, a dziecko myśli, że mama się z nim bawi. Ucieka więc od niej jeszcze szybciej. Po
ulicy przylegającej do parku mkną samochody, co wprawia matkę w jeszcze większe przerażenie. W
końcu łapie dziecko. Ono spodziewa się, że matka będzie się z nim bawić, a tymczasem dostaje klapsa.
To jest szok. Szczęście dziecka było wyrazem miłości płynącej z jego wnętrza. Nie rozumie, dlaczego
matka tak zareagowała. W ten sposób krok po kroku niszczona jest w nim miłość. Dziecko nie zna słów,
ale i tak całym sobą pyta pełne wyrzutu – „Dlaczego?”
Bieganie, zabawa są wyrazami miłości. Miłość przestaje jednak być bezpieczna, przecież
rodzice karzą cię, kiedy ją wyrażasz. Stawiają cię do kąta, zabraniają robić to, na co miałbyś ochotę.
Mówią ci, że jesteś złym chłopcem albo niegrzeczną dziewczynką… to jest przygnębiające, to jest kara.
W systemie nagród i kar istnieje poczucie sprawiedliwości i niesprawiedliwości, tego, co jest w
porządku i tego, co w porządku nie jest. Poczucie niesprawiedliwości jest jak nóż, który zadaje
emocjonalne rany, a ranę może jeszcze dodatkowo zakazić emocjonalna trucizna. Dlaczego tak się
dzieje? Popatrzmy na inny przykład.
Wyobraź sobie, że masz dwa lub trzy lata. Jesteś szczęśliwy, bawisz się, odkrywasz świat. Nie
jesteś świadom tego, co dobre, a co złe, co jest słuszne, co należy robić, dlatego że jeszcze nie zostałeś
udomowiony. Bawisz się w pokoju wszystkim, co cię otacza. Nie masz żadnych złych zamiarów, nie
próbujesz niczego popsuć, ale bawisz się gitarą taty. Dla ciebie to zabawka taka jak inne, absolutnie nie
próbujesz zaszkodzić ojcu ani go zranić. Ale tata ma jeden z tych dni, kiedy jest poirytowany. Ma
problemy w firmie. Wchodzi do pokoju i widzi, że bawisz się jego rzeczami! Natychmiast wybucha,
chwyta cię i spuszcza lanie.
Z twojego punktu widzenia jest to niesprawiedliwość. To on przyszedł zdenerwowany,
wyładował na tobie złość, zranił. Był kimś, komu bezgranicznie ufałeś. Przecież jest twoim ojcem, kimś,
kto zazwyczaj cię broni, pozwala ci się bawić i pozwala być sobą. Teraz stało się coś niepojętego.
Poczucie niesprawiedliwości jest jak ból serca. Zostałeś dotknięty, to boli, sprawia, że płaczesz.
Płaczesz nie dlatego, że dostałeś klapsa. Nie chodzi o przemoc fizyczną, nie to cię zraniło, przemoc
emocjonalna jest, jak czujesz, niesprawiedliwa. Przecież ty nic nie zrobiłeś.
Poczucie krzywdy otwiera ranę w twoim umyśle. Twoje emocje zostały zranione i w tym
momencie straciłeś jakąś cząstkę swej niewinności. Nauczyłeś się, że nie zawsze możesz ufać ojcu.
Nawet jeśli twój umysł jeszcze tego nie wie, bo jeszcze nie potrafi analizować, ale już rozumie. „Nie
wolno mu ufać!” Twoje emocje mówią ci, że są sytuacje, kiedy nie wolno ufać, i mówią ci też, że to się
może powtarzać.
Twoją reakcją może być lęk, złość, nieśmiałość lub po prostu płacz. Tak czy inaczej reakcja jest
już emocjonalną trucizną, ponieważ normalną reakcją przed udomowieniem jest chęć odwetu – twój tata
dał ci klapsa, a ty masz ochotę mu oddać. Oddajesz mu albo tylko podnosisz rękę, żeby to zrobić, a to
sprawia, że ojciec gniewa się na ciebie jeszcze bardziej. Większa złość oznacza większą karę. Teraz
wiesz, że gotów jest cię skrzywdzić. Boisz się, ale już się nie bronisz, bo wiesz, że to tylko pogorszy
twoją sytuację.
Wciąż nie rozumiesz dlaczego, ale wiesz, że twój ojciec zdolny jest do wszystkiego. To otwiera
piekącą ranę. Przedtem twój umysł był absolutnie zdrowy, a ty byłeś niewinny i ufny. Potem rozważny
umysł próbuje zrobić coś z tym doświadczeniem. Uczysz się reagować w określony, twój własny,
indywidualny sposób. Zatrzymujesz emocje w sobie, a to zmienia twój sposób życia. Teraz coraz
częściej będą się powtarzać podobne doświadczenia – niesprawiedliwość ze strony mamy, taty, braci,
sióstr, wujków i ciotek, szkoły, społeczeństwa, każdego. Z każdym nowym lękiem uczysz się
samoobrony, ale już nie takiej, jaką posługiwaleś się przed udomowieniem, kiedy umiałeś bronić się, nie
przerywając zabawy.
Ponadto zranieniu towarzyszy coś, co z początku nie stanowi zbyt wielkiego problemu –
emocjonalna trucizna. Z czasem kumuluje się i nasz umysł podejmuje z nią swoistą grę. Powoli
zaczynamy bać się przyszłości, bo zachowaliśmy wspomnienie trucizny i nie chcemy, żeby to, co
niemiłe, powtórzyło się.

Z każdym dniem tracimy niewinność. Gromadzimy urazy i już nie przebaczamy. Z czasem
wszystkie najdrobniejsze nawet zdarzenia i ich konsekwencje uświadamiają nam, że nie jest bezpiecznie
być kimś, kim jesteśmy naprawdę. Z każdym tak jest. Poszczególni ludzie różnią się tylko
intensywnością odczuć, która zależy od indywidualnej inteligencji, poziomu wykształcenia i wielu
innych rzeczy. Jeśli masz szczęście, udomowienie nie jest zbyt silne. Ale jeśli masz pecha, udomowienie
może być tak silne, a rany tak głębokie, że nawet nie będziesz miał odwagi mówić. Będziesz się
tłumaczył: „Jestem nieśmiały”, a tymczasem nieśmiałość jest lękiem przed otwartym wyrażaniem
swojej osobowości. Możesz wierzyć, że nie potrafisz tańczyć lub śpiewać, jednak wszystkie
niemożności biorą się z tłumienia normalnego ludzkiego instynktu okazywania miłości”.

Kto doczytał do końca, ten się dowie, że jest to fragment książki DON MIGUELA RUIZA „ŚCIEŻKA MIŁOŚCI”, którą w całości w wersji PDF posyłam w najbliższym newsletterze. Polecam, dobra lektura nie tylko dla mam i nauczycieli. 🙂

2 myśli na temat “szkoła a pies i kot…

  1. Bardzo ciekawe to co napisałaś. Zadaje sobie pytanie czy takie udomowienie można odwrócić – jeśli tak to gdzie ich szukać

    1. Dobre pytanie 🙂 właściwie to przebudzenie jest początkiem procesu odkręcania udomawiania, a potem trzeba sporo pracy – będzie o tym w następnym wpisie. 🙂

Dodaj komentarz