… w związku ze wszystkim

     

                     Paradoks ludzkiego życia polega na tym, że absolutnie i totalnie we wszystkim, to znaczy w wyborach, doświadczaniu, przeżywaniu, umieraniu i odradzaniu, zatracaniu się i wznoszeniu każdy człowiek jest sam, a w tej samotności i wyobcowaniu jest ściśle połączony z innymi ludźmi, ziemią, wszechświatem, żywiołami, światem duchowym. Zrozumienie tego jest jak zwykle związane z przeżyciem i doświadczeniem…

INDIAŃSKI SZAŁAS POTÓW

                             To jedno z bardziej ekstremalnych doświadczeń i form terapii naturalnych, w jakich uczestniczyłam. Dlatego wciąż jest żywe w mojej pamięci, pomimo że minęło już parę lat. Chętnie pojechałabym drugi raz, jednak sama nie mam na tyle odwagi. Gdyby ktoś się ze mną wybrał, to tak. Są jednak ludzie, którzy systematycznie nieraz od wielu lat uczestniczą w szamańskim rytuale. Bo indiański szałas potów to wielkie i symboliczne doświadczenie dla ciała i ducha. Okrągły szałas o średnicy kilku metrów pokryty szczelnie skórami, dość niski, gdyż wchodzi się do niego na kolanach połączony jest białą linią z dużym ogniskiem, wokół którego zbierają się na początku uczestnicy obrzędu. Sam szałas symbolizuje łono matki, biała linia to pępowina, a ognisko to świat zewnętrzny, do którego przychodzi i żyje człowiek. Symbolika piękna.

                                W ognisku rozgrzewają się duże kamienie, które są następnie wnoszone do szałasu i polewane tam  wodą, przez co wytwarza się wysoka temperatura i para wodna. Właściwie to tak, jak w saunie. Jednak w szałasie panują egipskie ciemności. Jest tak absolutnie ciemno, że nie widać na przykład własnej ręki, czy nogi, ale również ludzi ciasno siedzących wokół szamana. Otwierałam oczy najszerzej jak potrafiłam, wręcz wytrzeszczałam i nic. Totalna ciemność. Tę ciemność przerywał jedynie głos szamana, który opowiadał różne historie, bądź wydawał polecenia albo śpiewał indiańskie pieśni. Były też momenty, gdy szaman grał na bębnie.

                              Zanim jednak wszyscy weszli do owego szałasu był przyjemny rytuał oczyszczenia białą szałwią i ustalenia własnej intencji. W szałasie usiadłam sobie jak najbliżej ściany, tak jak radziła mi koleżanka, bo tam miało być najmniej gorąco. W środku usłyszałam, że w czasie sesji mamy wykonywać spokojnie polecenia szamana, a gdyby ktoś naprawdę nie mógł wytrzymać i źle się poczuł, może w każdej chwili przerwać ceremonię słowami: „Jestem w związku ze wszystkim” i wyjść na zewnątrz. Szczerze mówiąc – jak były trzy sesje po kilkadziesiąt minut – to w każdej z nich chciałam to zrobić. Gdy już prawie otwierałam usta, szaman ogłaszał koniec sesji.

                                 Potem była wspólna fajka pokoju, krzyczenie swojego imienia w polach na cztery strony świata, a na samym końcu wspólna kolacja. W sumie pół dnia i pół nocy niecodziennej przygody. Skutki: niesamowity detoks całego organizmu i relaks, odnowa emocjonalna i fizyczna. Zwrócę uwagę, że indiański szałas potów przypomina współczesne kabiny deprywacyjne – pomieszczenia, w których człowiek jest pozbawiony doświadczeń zmysłowych: jest tam ciemno, cicho, wilgotno po to, by odzyskać równowagę psychiczną i doświadczyć pełnego relaksu. Indiański szałas potów daje znacznie więcej, gdyż relaks i powrót do łona matki odbywa się według pradawnego rytuału indiańskiego.

                               Ale opowiadam o tej terapii naturalnej stosowanej przez Indian od setek lat głównie z powodu słów, które każdy uczestnik powtarzał przy każdym wejściu i wyjściu z szałasu potów: „Jestem w związku ze wszystkim”. To były mocne dla mnie słowa, które przez długi czas usiłowałam zrozumieć. Najpierw myślałam, że chodzi tylko o pewną symbolikę, że nie przerywamy rytuału wychodząc na zewnątrz. Ale wydaje się, że sens jest znacznie głębszy: związek ze wszystkim to połączenie z przyrodą, z ludźmi, wzajemny wpływ i oddziaływanie, to wpływ i oddziaływanie okresu życia płodowego na życie w świecie każdej istoty ludzkiej, możliwość zresetowania tego oddziaływania i rozpoczęcia od nowa, wykorzystania owego wpływu dla swojego wzrostu i świadomość swojego indywidualnego oddziaływania na innych i na wszystko. Piękna sprawa. 🙂

TELEPATIA I… MODLITWA

                       Mając siedem lat bardzo się przejęłam, gdy się dowiedziałam, że grzeszę nie tylko uczynkami, ale nawet myślami. Bałam się źle pomyśleć o jakiejkolwiek istocie w przekonaniu, że to będzie grzech. Potem mi to przeszło. Pewnie większość ludzi żyje w przeświadczeniu, że ich myśli – ich sprawa. Wcale jednak tak nie jest. Każda myśl dociera do tego, o kim myślimy. Tak samo, jak każda emocja. Każdy z nas na co dzień uprawia telepatię, a zgrywa głupiego, że tego nie robi. To jest paradoks wypierania. Nie chcemy przyznać się do takiej mocy, ot i wszystko.

                          10 lat temu podczas paru miesięcy dziwnych transów, gdy buddyjskie pokłony i moje niezłomne przekonanie, ze jeśli coś jest magicznego w tym życiu, to ja to poznam i znajdę sposób na uzdrowienie syna, czułam od ludzi ich emocje bardzo wyraźnie, słyszałam ich myśli i mogłam to również zrobić na odległość – wystarczyło, że o kimś pomyślałam. Toteż postanowiłam sprawdzić, jak to działa, jeśli ja komuś wysyłam określone emocje lub myśli. Bo miałam podejrzenie, że zwariowałam. Umówiłam się więc ze znajomym na eksperyment: w jeden dzień przez 10 minut z przerwami po pół godziny wysyłałam mu różne emocje; smutek, radość, złość, pożądanie, płacz i chyba jeszcze parę. Dokładnie zapisałam sobie na kartce, co, o której mu wysyłałam. A on ze swojej strony miał zapisywać, co czuł o określonych godzinach. I co się okazało? Czuł dokładnie to, co mu wysyłałam, ale tylko przez ten czas, gdy był sam w mieszkaniu. Po wyjściu z domu i spotkaniu z innymi ludźmi już odbiór nie był tak czytelny, choć przyznał, że w którymś momencie na spotkaniu poczuł duże przygnębienie – zgadzało się z czasem, gdy wysyłałam mu smutek. 🙂 W sumie każdy może taki eksperyment sobie zrobić i przekonać się na własnej skórze, jak to jest naprawdę.

                              Tak samo jest z myślami. Są ludzie, którzy wysyłają bardzo klarowne myśli, potrafię je odczytać całymi zdaniami: mają uporządkowane emocje i dużą samodyscyplinę mentalną. Niektórzy z moich mentorów rozwoju duchowego tak mają. Skubani, wysyłają bardzo ciepłą myśl: „Przypominam ci, że za tydzień warsztat z … Chciałaś przyjechać”.  Ktoś powie, że tylko ja to odczytuję, bo tak mam. A właśnie, że nieprawda. Pozostali chętni na warsztat też odczytają tę myśl, tylko, że wezmą ją za swoją. To jedyna różnica. Co więcej, to ciepłe uczucie podpięte do  myśli również odczytają jako swoje. I co? Nie przyjadą? Jasne, że przyjadą i to w podskokach, bo przecież, gdy o tym myśleli tak im ciepło zrobiło się na sercu. Tutaj odrobinkę ironizuję, ale nie bez przyczyny.

 

                           Bowiem świadomość tego, że każdą myślą o kimś i każdą emocją do kogoś łączymy się z nim energetycznie i następuje przekaz energii bez względu na odległość daje władzę i przewagę, którą można w życiu w różnoraki sposób wykorzystać.

Wystarczy tylko  nauczyć się ogarniać natłok myśli w głowie i w ciszy zbudować tylko jedno zdanie z odpowiednią emocją,  wyobrazić sobie osobę, której chcemy to powiedzieć. I tyle. Poszło.

Jeśli komuś zależy, to dość szybko można się tego nauczyć. Co więcej można ustalić swój system znaków, dzięki którym wiemy, kiedy i kto oraz co o nas myśli.

Jednakże jest to duży temat na kilka godzin warsztatu, więc tylko wspominam, bo znów mój wpis zrobi się kilometrowy 🙁  i część czytelników ucieknie nie doczytawszy tego, co najważniejsze w tym temacie.

A więc, dzięki temu, że myśli i emocje to energia – przekazujemy je sobie nieustannie i jest to przekaz całkowicie niezależny od odległości jaka dzieli nadawcę od odbiorcy. Dlatego zabiegi bioenergoterapii, reiki i terapii czaszkowo-krzyżowej i jeszcze paru innych można też robić na odległość.

                                 Znacznie intensywniej odbieramy myśli i emocje od naszych bliskich, ponieważ połączenie jest szersze i łatwy dostęp. To, że ktoś do nas dzwoni parę sekund po tym, jak o nim pomyśleliśmy to wszyscy znają. Warto też zwrócić uwagę, że po kłótni z kimś z rodziny można mieć bezsenną noc, bo ta druga osoba – jeśli nie puściła tematu kłótni i wciąż coś ma do nas – myśli o nas mało przychylnie przez cały czas. Stąd nasza bezsenność albo ból głowy.

Nie wychodź z domu i nie jedź samochodem, jeśli doszło do dużej awantury, tak że druga strona, np. małżonka, matka – tutaj chodzi głównie o kobiety, bo są bardziej impulsywne – solidnie się wkurzyła, bo przynajmniej stłuczka murowana. Dopóki nie byłam świadoma tego  i mocy swoich emocji, „załatwiałam” tak niejednego bioenergoterapeutę. Gdy tylko pomyślałam, że przychodzi tylko po kasę i nie pomaga mojemu synowi, taki delikwent miał stłuczkę ledwo z parkingu wyjechał.

                            Zwrócę uwagę na jeszcze jedną ciekawą rzecz w tych telepatycznych przekazach. Gdy sobie dużo „nagrabimy” u innych ludzi i ci gromadą myślą o nas ze złością lub chęcią zemsty, może nas spotkać przykra sprawa: odcięcie od Światła. Jest to sytuacja zagrożenia życia. Jestem przekonana, że większość śmiertelnych i ciężkich wypadków samochodowych jest spowodowana ludzką złością i to często osób najbliższych.  W tym momencie kłania się moja prawda z dzieciństwa, że myślami też czynimy zło.

                      Co więcej. Nawet modlitwą możemy szkodzić. I nie jest to stwierdzenie obrazoburcze. Bowiem wykonując modlitwę wstawienniczą – jeśli podłączymy do niej niskie emocje, takie jak smutek, lęk, brak wiary w wyzdrowienie, użalanie się nad kimś oraz wyobrażanie sobie kogoś już martwego – do swojej prośby włączamy właśnie taką niską energię, która idzie wraz ze Światłem do chorego, za którego się modlimy. I taka modlitwa na pewno jemu zaszkodzi. Z tej prostej przyczyny wypadałoby bardzo uważać, kogo prosimy o wstawiennictwo. Również dlatego modlitwa rodziny często przynosi odwrotny skutek. David Hawkins nazywa to „ambiwalencją uczuć”. Bo osoby bliskie nie są w stanie zapanować nad lękiem o życie i zdrowie chorego, jeśli jest to choroba ciężka lub nieuleczalna – nie potrafią wyobrazić sobie jego wyzdrowienia. Toteż ich modlitwa może być tylko przysłowiowym gwoździem do trumny dla chorego. Osoby starsze i schorowane również nie powinny modlić się za bardziej chorych od siebie, gdyż bardzo często już same potrzebują wsparcia energetycznego i łącząc się z kimś poprzez modlitwę – zamiast dawać – biorą energię. Natomiast, jeśli babcia modli się za swojego wnuczka z podziwem i wiarą w niego, żeby zdał egzamin dyplomowy na studiach, to z pewnością będzie to skuteczna modlitwa i z korzyścią zarówno dla babci, jak i dla wnuczka.

                           Skuteczność modlitwy zależy więc od następujących czynników:

  1. emocji i myśli, jakie ma osoba modląca się,
  2. czystości i szerokości jej połączenia ze Światłem (im bardziej rozwinięta duchowo i świadoma osoba, tym lepiej),
  3. intensywności decyzji, by osiągnąć efekt, o który prosimy, a więc otwartości na zmianę
  4. oraz zaufania, że możemy dostać to, o co prosimy.

                                             Dlatego nieskuteczna jest modlitwa, którą klepiemy latami w tej samej intencji i w końcu zaczynamy podejrzewać, że Boga nie ma. Wniosek – wydawałoby się prawidłowy, gdyż najlepszym dowodem na istnienie Boga jest jego działanie w naszym życiu i pomoc w trudnych sytuacjach. Taka modlitwa jedynie utrwala stan, który chcemy zmienić, więc jej efekt jest całkowicie odwrotny.

                              A przecież wystarczy wysłać prośbę raz do Wszechświata z głębokim przekonaniem, że dostaniemy, to, o co prosimy i … poczekać cierpliwie, zajmując się już innymi sprawami. Ta sprawa, o którą poprosiliśmy już jest załatwiona, czeka tylko na odpowiednie warunki zewnętrzne, by się zmaterializować.

                            Przekazywanie myśli i emocji możemy wykorzystać również w codziennych sprawach i relacjach. Gdy trudno jest nam z kimś porozmawiać, gdy jesteśmy z kimś skłóceni, możemy wyobrazić go sobie, jak na przykład siedzimy z nim pod drzewem i rozmawiamy. Jeśli jeszcze będziemy to robić systematycznie, o jednej porze i z ciepłymi uczuciami – to w zupełności wystarczy, by osiągnąć zamierzony efekt.  Dzieci tak robią. Ludzie dorośli też, ale częściej, gdy chcą podać komuś negatywne słowa i uczucia. Czyż w złości lub gniewie nie dyskutujemy w głowie z osobą, na którą się zdenerwowaliśmy? Można to robić również, by załatwić pozytywnie swoje sprawy z innymi ludźmi.

 

 

2 myśli na temat “… w związku ze wszystkim

  1. Jak zwykle tekst zmuszający do myślenia, do zastanowienia się nad swoimi uczuciami i modlitwami. Ciekawa jestem co myślisz o hawajskiej modlitwie ho,oponopono? Pomaga czy też nie?

    1. dziękuję 🙂 hooponopono to szeroki temat… 🙂 W Polsce robi się duży biznes na tej metodzie. Warsztaty są drogie i tłum ludzi – ten tłum mi totalnie nie leży. Uważam, że grupa do skutecznej pracy energetycznej to max 12 osób. Natomiast tekst: „kocham cię,przepraszam, proszę, wybacz mi, dziękuję ” był ze mną na okrągło przez 2 lata i nie pomógł. Moim zdaniem wzmaga tylko poczucie winy. Jest jeszcze jeden mocny tekst z Hooponopono: „Byłem małą posiadłością zniszczoną przez burzę.Piękna pogoda powróciła. Las i rzeka uspokoiły się. Dom wibruje i jaśnieje w słońcu. I – co najważniejsze – pole porządkuje się, powraca do swego zdrowia i piękna. Dziękuję wam, moje chore organy. Wiem, że zrobiłyście wszystko, aby ochronić moje istnienie. I dziękuję sobie za to, co zrobiłem, by być uzdrowionym” . Ale na ile działa? To są słowa. Ułatwiają życie, ale cuda – tak samo, jak sukces – to proces i wysiłek, czyli konkretna praca ze sobą.

Dodaj komentarz