WAKE UP!

czyli o duszy, rozwoju duchowym i o… śpiączce.

      Śmiem twierdzić, że 99% Polaków, którzy obecnie weszli na drogę rozwoju duchowego i w różne prądy ezoteryki zaczynali, od katolicyzmu. Ja też. Nawet mam wykształcenie teologiczne. Co to oznacza?. Tylko tyle, że nieświadomie posługujemy się schematami i wyobrażeniami wyniesionymi z tej religii. Bardzo mocno to widać w temacie duszy.
                Przeczytałam wczoraj wpis A. Deyeva o duszy i obejrzałam wywiad z p. Schonborn o duszy i o śpiączce. I się wkurzyłam. Takie głupoty można opowiadać dzieciom do poduszki, ale po co robić to  ludziom dorosłym? A z jakiego powodu to się udaje i ludzie tego słuchają? Oczywiście dlatego, że temat jest tak samo delikatny i –  wydawałoby się – niemożliwy do sprawdzenia, jak temat życia po śmierci.  Przyjęłam zasadę: nie wierzę w nic, czego nie mogę sprawdzić, doświadczyć. I okazało się, że można to sprawdzić i doświadczyć, można też mieć swój wgląd w tym temacie, a także jest sporo rzetelnej wiedzy na ten temat.
              W czasie, gdy ponad 3 miesiące miałam pootwierane kanały i jeszcze w szczerej intencji robiłam najróżniejsze praktyki buddyjskie, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi miałam doświadczenie, że po śmierci dusza człowieka bardzo szybko się rozpada i nie zostaje nic. Najpierw w to nie uwierzyłam. Gdy historia się powtórzyła parę lat później, odważyłam się opowiedzieć o tym koleżance, która też pracuje ze sobą, ale trochę innymi metodami niż ja. I jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałam od niej: „No, tak, rozpada się. Ale to nic nie boli i potem może się scalić”. Doświadczenie doświadczeniem, ale przecież obydwie mogłyśmy się mylić. Więc zaczęłam dość intensywnie szukać wiedzy i potwierdzenia tego, w co wciąż nie chciałam uwierzyć.
Dla bardziej dociekliwych polecam dokładną lekturę Barbary Ann Brennan „Dłonie pełne Światła” oraz dzieła Rudolfa Steinera, stronę internetową Andrzeja Strusky ego, a także regresing i doświadczenie LBL  i   OOBE..
               Jednak ja dzisiaj nie o tym. Chodzi o pytanie, gdzie jest nasza dusza? Wyobrażenie katolickie umieszcza ją w ciele człowieka jak jakiegoś „jaśka” – typ poduszki – w okolicach serca najczęściej. Wielu z branży ezoterycznej też ma takie pomysły. Tymczasem tak nie jest. Duszę człowieka tworzą jego ciała subtelne: eteryczne, emocjonalne, mentalne, astralne, eteryczne uświęcone, niebiańskie, keteryczne. Czyli co? Wszystkie emocje, uczucia, myśli, marzenia, wyobrażenia, cele, uniesienia, idee, etc. 🙂  Człowiek, który  nie pracuje ze swoimi emocjami i nie wyciąga wniosków ze swoich doświadczeń, żyje niskimi żądzami posiadania, pożądania i władzy ma zaledwie 3 pierwsze warstwy ciał subtelnych i to kompletnie pomieszane i pełne dziur. Po śmierci ciała fizycznego rozdrapują je duchy astralne w niecały miesiąc albo szybciej.
              Gdy wzrasta świadomość, człowiek opanowuje zgiełk w głowie i powoli zaczyna wyciągać wnioski z tego, co mu się przydarza w życiu. Tworzy swoją prawdę. Jeśli zgodnie z nią żyje, ciała emocjonalne, astralne i mentalne różnicują się i można je wyraźnie zauważyć w aurze. Jest to rozwój kundalini na poziomie trzech pierwszych czakr. Tacy ludzie na ogół dobrze funkcjonują w świecie materialnym, mają stabilizację finansową i spokojne życie. Jest ich już niewielu. Ponieważ żyjemy w czasach ogromnego zapotrzebowania na miłość. Dlatego 75% ludzkości doświadcza traumatycznych zdarzeń losowych. Wtedy bowiem dolne czakry blokują się, bądź uszkadzają i – jeśli chce się wyjść cało z opałów – trzeba uruchomić serce i zrozumienie, czyli czwartą i ósmą czakrę. I każdy, kto doświadczył traumy, przyzna, że to był krok milowy w jego rozwoju duchowym. Po bolesnej lekcji pojawia się wiedza i nauczyciele. Lepsi lub gorsi. Mądry weryfikuje to, co usłyszy. Poszerza świadomość, zwraca uwagę na ograniczające filtry swoje i innych. Ten zaś, któremu się poprawiło, gdy zaczął wykonywać określone praktyki, np. medytacje, dwupunkt, itp. i stwierdził, że jest mu dobrze w jego strefie komfortu, zakończył swój rozwój znów na poziomie trzeciej czakry ze sporadycznymi nietrwałymi przeskokami na poziom serca. I też jest ok.
Jednakże tylko wychodząc poza strefę swojego komfortu można się rozwijać.
           W rozwoju duchowym warto stosować pewne zasady:
1. rytm – systematyczne, najlepiej o tej samej porze wykonywane praktyki duchowe,
2. opanowanie umysłu,
3. inicjatywa w działaniu,
4.pogoda ducha,
5. pozytywne nastawienie,
6. zaufanie do siebie i Wszechświata.
                    O tych zasadach szerzej kiedy indziej, bo wciąż nie mamy odpowiedzi, gdzie jest ta dusza. A przecież to takie proste. Skoro tworzą je ciała subtelne, które znajdują się poza ciałem fizycznym, z wyjątkiem ciała eterycznego, które daje stabilność ciału fizycznemu, to wniosek jest prosty: ciało jest w duszy, a nie odwrotnie. Ciało to tylko ubranko i to bardzo kuse dla duszy. Czy nie byłoby więc prościej mówić o sobie: Jestem duszą?
                  Jest jeszcze Duch człowieka. Najczystsza istota we wszechświecie – jak twierdzi Adamus Saint-Geramin – z którym tylko człowiek ma prawo i może się zidentyfikować. Duch nigdy nie schodzi do ciała człowieka, ale ma wpływ na jego życie. Gdy stwierdzi, że człowiek nie osiągnie celu, który mu wyznaczył, może interweniować. I może to zrobić dwa razy w życiu człowieka: w wieku 28 lat i 56. Sporo ludzi umiera obecnie w takim wieku, prawda?
               No i jeszcze jeden temat, który mi wczoraj utrudnił zaśnięcie, bo bezpośrednio mnie dotyczy. Pani w niezależnej telewizji stwierdziła, że dusza osoby w śpiączce nie może wejść z powrotem do ciała, bo jest za duża. Już trochę temat rozjaśniłam powyżej w temacie tego, gdzie jest dusza. Teraz wyjaśnię, jak to jest z dzieciakami i dorosłymi w śpiączce. Oni sobie po prostu robią OOBE., czyli funkcjonują poza ciałem fizycznym, w którym albo jest za dużo bólu, albo jest za bardzo uszkodzone w danym momencie. Wszystkie osoby w śpiączce lub półśpiączce to osoby wysoko rozwinięte duchowo, bo posiadają stabilne ciała subtelne i mogą dzięki temu funkcjonować poza ciałem fizycznym. Trzeba sporo się napracować, żeby je przekonać, że pozostanie w ciele fizycznym i zajęcie się jego zdrowieniem jest jedyną drogą na przeżycie. Mój syn przeżył dwukrotną śmierć kliniczną i dla niego zostawianie ciała fizycznego było oczywistością, gdy tylko pojawiał się ból. Teraz robi to znacznie rzadziej, bo zależy mu na wyzdrowieniu. Ale wciąż odwiedza kolegów i koleżanki z gimnazjum, bo mu się nudzi – oczywiście opuszczając ciało.

Dodaj komentarz