Współczucie dla siebie

                                  „Tylko to, co uświadomione przestaje być twoim przeznaczeniem”. Święte słowa i motto mojego życia od kilku dobrych lat. Przez dość długo myślałam, że dotyczą tylko sfery uzdrawiania ciała fizycznego. A tu masz. Temat rozciągnął się również na współczucie dla siebie, ciemną stronę swojej mocy i akceptację cienia oraz intencję i skuteczność działania.

                                                   Byłam kiedyś na wykładzie buddyjskiego rinpocze Tulku Urgiena. To było moje pierwsze zetknięcie z buddyzmem. Rinpocze wyglądał na sympatycznego w średnim wieku mężczyznę, ale bardzo zmęczonego. I rzeczywiście tak było. Polacy przywieźli go prosto z lotniska na wykład o współczuciu właśnie. Na dużej sali w MDK-u zbyt wielu słuchaczy nie siedziało. Tulku Urgien zagaił kila zdań na powitanie, opowiedział coś nieistotnego i praktycznie po 15 minutach zakończył wykład słowami, że każdy wie, czym jest współczucie, a jeśli ktoś nie wie, to wystarczy wieczorem położyć się spać z tą myślą, a rano stanie się jasne, czym jest współczucie. Pokłonił się skromnie i poszedł. Byłam wtedy zszokowana zachowaniem Tulku, bo wiedziałam, że ma doktorat i wykładał na kilku zachodnich, znanych uczelniach, a tu zamiast wykładu, kazał nam pójść spać 🙂

                                                Ta historia wracała do mnie niejednokrotnie i za każdym razem znajdowałam inne, szersze jej wyjaśnienie. Tego samego wieczoru zrobiłam tak, jak mówił, żeby rano dostać odpowiedź. I dostałam. „Współczucie to umiejętność postawienia się w sytuacji drugiej osoby i zrozumienia jej” – usłyszałam w głowie. I tak mi zostało na parę lat, a właściwie utwierdziło to, co miałam w sobie od dzieciństwa. I cały czas współczucie odnosiłam do innych, nigdy do siebie. Potrzebowałam bardzo mocnych lekcji, żeby zobaczyć, co ja wyprawiam.

                                                Zaczęło się od tego, że dostałam zaproszenie z gminy do udziału w grupie wsparcia dla matek opiekujących się dziećmi niepełnosprawnymi. Na pierwszym spotkaniu wszystkie po kolei narzekały, jak im ciężko, opowiadając o swoich perypetiach zwłaszcza w urzędach i w szkołach. Jedna na koniec stwierdziła, że im wszystkim jest i tak dobrze, bo ich dzieci chodzą, a jej córka jest na wózku inwalidzkim i teraz w mieszkaniu, które wynajmują nie ma możliwości posadzenia jej na ubikację, bo wózek się nie mieści. Oczywiście, ja z mety zaoferowałam, że jej pomogę, bo wiem, gdzie można dostać krzesło-toaletę dla osoby niepełnosprawnej. W domu pomyślałam, że mogę jej to krzesło kupić. I kupiłam. Przygotowałam jeszcze owoce i słodycze dla dziewczynki, umówiłam się telefonicznie i zawiozłam do domu dziewczynki. I tutaj szczęka mi opadła. Wprawdzie mama dziewczynki wynajmowała, ale nie mieszkanie, tylko dom, jej mąż pracował na budowie, więc dobrze zarabiał, a dziewczynka była radosnym, zdrowym dzieckiem tylko tyle, że miała zniekształcone, niewładne nóżki. Była pod opieką fundacji, więc miała pełną opiekę rehabilitacyjną za darmo. Spojrzałam na swoją sytuację, porównałam i pomyślałam: „No, ciężka idiotka jesteś.” Od tej pory rzadziej wychylałam się z niesieniem pomocy.

                                           Niestety, nie wyciągnęłam wniosków dotyczących współczucia dla siebie samej. Dlatego dostałam taki obrazek, że prawie mnie przewróciło.

                                          Kilka tygodni temu w telewizji dużo mówili na temat stymulatora mózgu, który fundacja Ewy Błaszczyk zaoferowała kilkorgu dzieciom w śpiączce i dorosłym. Moja mama zadzwoniła do mnie, opowiadając jak chłopak po wszczepieniu stymulatora, zaczął mówić i domagając się, żebym natychmiast jechała i załatwiła to dla Kornela. Spokojnie wytłumaczyłam mamie, że już rozmawiałam w tej sprawie i Kornel się nie kwalifikuje. Operacja trwa 10 godzin i przy chorobach Kornela żaden anestezjolog nie podejmie takiego ryzyka. I wtedy usłyszałam, że jestem złą matką, że nic nie robię dla Kornela, że mi na nim nie zależy i najwyższa pora, żebym coś dla niego zrobiła i mam jechać natychmiast. Hm…, opadła mi szczęka, opadły mi piersi i poczułam się, jakby tona betonu wgniotła mnie w ziemię. Kilka dni robiłam akceptację cienia na tę sytuację. I nic.

Ile razy przypominałam sobie słowa mamy, wrzało we mnie i kipiało. Aż któregoś ranka obudziłam się ze świadomością, że wiem, o co w tej sytuacji chodzi. Zabolało mnie, że moja własna, rodzona matka tak oceniła lata ciężkiej pracy i wyrzeczeń moich i  jeszcze dwóch synów.

Ale nie to było sednem sprawy. Chodziło o to, że ja ją cały czas usprawiedliwiałam, że już jest stara i myśli dziecinnie, że przecież przyjeżdża do nas tylko na kilka godzin, więc skąd może wiedzieć, co robimy dla Kornela, że tak wyraża swoją troskę o wnuka, bo tylko tak potrafi. Noooo…, wszystko prawda……

Ale skoro w tej sytuacji ona była moim lustrem, to powiedziała mi wyraźnie: „nie doceniasz siebie, stale masz do siebie żal, że za mało robisz dla Kornela, czujesz się winna, więc nawet własna matka tak to odbiera”.

Zwyłam się wtedy jak psiak zostawiony w lesie na pewną śmierć. Zrobiłam jeszcze raz przegląd ostatnich 11-stu lat mojego życia, ale inaczej niż zwykle. Przytulałam siebie i dziękowałam sobie za każdą chwilę, gdy było ciężko i gdy dałam radę. A potem wsiadłam w samochód, pojechałam do mojej mamy i powiedziałam, że nie zgadzam się z jej oceną i jeśli jeszcze raz coś takiego mi zrobi, to nie przyjdę nawet na jej pogrzeb.

                                 No i zaczęło się następne: teraz nie mogłam spać, że coś takiego powiedziałam matce. Przyglądałam się temu z boku, z zadziwieniem obserwując, jaką jestem chodzącą ofiarą. Nawyk bycia posłusznym rodzicom, przekonanie, że starsi mają rację i należy im się szacunek, cała góra przekonań dotyczących niskiej samooceny, poczucie winy, że skrzywdziłam matkę i jeszcze się rozchoruje. Ludzie! I ja się dziwię, że trafiałam w życiu na katów! Zero zdrowego egoizmu, zero dbania o swoje granice, jakbym za cel życiowy wybrała sobie bycie Matką Teresą.

                          Wnioski w końcu były mocne, czytelne i od razu wprowadzone w życie:
– dbaj o siebie,
– doceń siebie, a właściwie doceniaj siebie każdego dnia,
– jasno stawiaj granice i pilnuj ich,
– zajmuj się sobą, bo nikt inny tego za ciebie nie zrobi,
– nie zadawaj się z ludźmi, którzy cię nie doceniają,
– miej współczucie najpierw dla siebie.

                                  Ciekawe jest to, że ja to wszystko wiedziałam od stu lat, tak radziłam i mówiłam wielu kobietom, ale wydawało mi się, że moja sytuacja jest inna i mnie to nie dotyczy. O ironio!

10 myśli na temat “Współczucie dla siebie

    1. Ha, ha, ha … 🙂 to jest właśnie to! Pociesz się, że większość kobiet w Polsce, które nie są jedynaczkami tak mają. 🙂

  1. Czasami rozum swoje, a emocje swoje… Znam kogoś kto wie, że bardzo poświęca się dla innych kosztem własnych pragnień ale nie robi z tym nic. Po prostu wie… Emocjonalna gotowość na podjęcie zmiana nie zawsze idzie z gotowością intelektualną 🙂

    1. wiem coś o tym 🙂 u mnie też to trwało…, doszłam nawet do tego, że ja nie mam żadnych potrzeb. Płaci się za to zdrowiem i szybszym starzeniem się.

  2. Też się tego uczę. I też przez powolne zaprzestawanie usprawiedliwiania mojej mamy… To wyjątkowy trudny proces. Trzymajcie kciuki.

    1. 🙂 TRZYMAM KCIUKI! To jest proces, słuchanie siebie i zauważanie swoich emocji i odczuć to uczenie się bycia dla siebie najważniejszym, ale efekt końcowy daje nieprawdopodobną satysfakcje 🙂

  3. etap nieposiadania żadnych potrzeb już też mam za sobą.. teraz uczę się chcieć czegoś dla siebie. Od najprostszych rzeczy

Dodaj komentarz