WYJDŹ DO ŚWIATA Z PYTANIEM

                   

                        Kto mi to zrobił? Jaki będzie efekt, tego, co robię? Co się zdarzy podczas tego wyjazdu? Co powinnam zrobić, żeby uzyskać ten cel? Dlaczego nie mam pieniędzy? Jak znaleźć odpowiedź na to pytanie? Co on zrobi, jeśli go o to poproszę? Jak się potoczy ta znajomość?  Jak to rozegrać, żeby było dla mnie najlepiej? – na te i dziesiątki innych pytań dostałam odpowiedź korzystając z techniki: „wyjdź do świata z pytaniem”. Od czasu, gdy pracuję tą metodą, nigdy się nie nudzę, przestałam się bać życia i zrobiło się nieprawdopodobnie ciekawie .

 

ALE PO KOLEI…….

                      Pierwszy raz zastosowałam tę technikę i skorzystałam z jej odpowiedzi ponad dziesięć lat temu, nie wiedząc nawet, że ją stosuję… Było wtedy u mnie bardzo cieniutko z kasą. Już nie pracowałam, a świadczenie opiekuńcze wynosiło 420zł, które wystarczało na kilka dni, bo prawie całość w dniu wybrania z banku oddawałam do sklepu, w którym brałam zakupy „na kreskę”. Wspominałam już kiedyś, że pewna masażystka – gdy nie mogłam jej zapłacić całej kwoty – rzuciła mi tekst: „To „góra” powinna się zatroszczyć o takie dzieci, nie ja”. Następnego dnia szłam sobie do banku myśląc o tych słowach i zadając  pytanie: „No, to, skoro „góra” powinna się zatroszczyć o Kornela, to dlaczego ja nie mam pieniędzy?”

                          I co się stało w banku? Podeszłam do tego samego stanowiska, co zwykle, ale nie było tej samej pani, co zwykle. Była bardzo młoda, nieumalowana czarnulka, która na moją prośbę o wypłatę całej kwoty z konta, odpowiedziała, że nie może tego zrobić. Zapytałam: „Dlaczego?” Bo do tej pory nigdy nie miałam z tym kłopotu. Usłyszałam, że musi zapytać starszych i poszła sobie. Zeszło jej z 10 minut, które ja wykorzystałam na analizę sytuacji: panienka uderzająco przypominała mnie z lat liceum, była niepewna i niedoświadczona. – „Pewnie stażystka” – pomyślałam. Ale wróciła i wypłaciła mi pieniądze. W drodze powrotnej zdałam sobie sprawę, że przed chwilą w banku dostałam odpowiedź na swoje pytanie, dlaczego nie mam pieniędzy: po pierwsze mam poprosić starszych, czyli „górę” o pieniądze, po drugie zobaczyłam blokadę, jaką mam w sobie dotyczącą obfitości finansowej. Skoro dziewczyna z banku przypominała mnie z liceum, to trzeba cofnąć się do tego czasu. Nigdy nie dostawałam od rodziców kieszonkowego. Gdy były mi potrzebne pieniądze, musiałam ich o nie prosić i na ogół dostawałam mniej niż potrzebowałam. Było to mocne doświadczenie z dzieciństwa i młodości, że, jeśli nie pracuję i nie zarabiam, a potrzebuję pieniędzy, to muszę o nie prosić starszych, ale nawet wtedy nie dostanę wystarczającej ilości. Zrozumienie tej sytuacji z przeszłości, zmieniło bardzo moją świadomość i rozpoczęło czas obfitości.

                                 Od tej pory technikę WYJDŹ DO ŚWIATA Z PYTANIEM stosowałam na okrągło. Głównie dlatego, że niemal nieustannie miałam skrajnie trudne sytuacje związane z mieszkaniem, finansami, zdrowiem syna i paroma innymi kwestiami, które sprawiały, że nieraz tak się bałam, że nie mogłam wyjść na zewnątrz. Toteż, zanim wyszłam, żeby coś załatwić, zrobić, spotkać się z ludźmi, najpierw testowałam sprawę – że tak powiem – na sucho. Zadawałam pytanie dotyczące danego problemu i wychodziłam do miasta, np. do sklepu, na spacer; tak, jak wypadło. I działy się takie historie, że nieraz oczy niemal wychodziły mi z orbit, że to jest możliwe. Potem to analizowałam i wyciągałam wnioski. I już spokojnie szłam sobie następnego dnia załatwiać dany temat lub robiłam to, co wyszło podczas odpowiedzi świata na moje pytanie. Nie będę tutaj o wszystkim opowiadać, bo wyszłaby gruba książka.

                              Opowiem więc o jednej znamiennej sytuacji, którą uważałam za niemożliwą do załatwienia i za którą obwiniałam siebie i swoją głupotę.

 Niemożliwe do załatwienia

                          Gdy kupiliśmy dom w stanie surowym, wpadłam na kiepski pomysł zakupienia i  postawienia windy dla syna. Windę przywieźli ze Szwecji, zamontowali i… zaczęła się zima. Drzwi w windzie były metalowe i nieszczelne, reklamacje nie pomogły – zaproponowano, żebym sobie dobudowała coś w rodzaju drugich drzwi i przedsionka. Bo ich drzwi mają właśnie takie standardy i nic się nie da poprawić. Całą zimę winda doprowadzała mnie i moich synów do szewskiej pasji, bo nie dość, że wiało i wychładzało pokój rehabilitacyjny, przy którym stała, to jeszcze okazała się zupełnie zbędna. A gdy w kwietniu  przyszedł rachunek za ogrzewanie domu w kwocie ponad  5000zł, wpadłam wręcz w histerię, jak się tego „ustrojstwa” pozbyć. Nic pozbyć, chodziło o to, żeby odzyskać pieniądze, które za windę zapłaciłam, gdyż była to niebagatelna kwota 67 000zł.  Wydawało się to już niemożliwe: pieniądze zapłaciłam, winda stała, reklamację odrzucono. Pozamiatane – jak to powiedział mój najmłodszy syn. Po paru dniach pogodziłam się z tym, że już przez całe moje życie winda będzie świadectwem mojej głupoty i kazałam zamurować wejście do windy. „Przynajmniej rachunki za gaz będą mniejsze” – pomyślałam.

                Kilka dni później zdarzyło się tak, że dostałam wezwanie do wydziału budownictwa w urzędzie gminy. Najpierw zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć, o co chodzi.  Budowałam dom pierwszy raz w życiu, więc zapomniałam, a właściwie nawet nie wiedziałam, że  mam złożyć dokumenty, by dostać kwit pozwalający na zamieszkanie. Pani powiedziała, że będą kłopoty i żebym się zgłosiła osobiście. Hm, trudna sytuacja, ale się specjalnie nie przejęłam: przecież nie wyrzucą mnie z własnego domu tylko dlatego, że nie dostali dokumentów. Postanowiłam więc wykorzystać tę sytuację, by dostać odpowiedź, jak rozegrać sprawę z windą, żeby ją zwrócić i odzyskać pieniądze. Pojechałam z najstarszym synem, żeby mi było raźniej. Weszłam do urzędu z sercem na ramieniu, co mnie tu spotka, bo chodziło o ważną sprawę (miałam na myśli, oczywiście, windę, a nie to, po co  mnie wezwali). Pani urzędniczka przyjęła mnie chłodno, ale rzeczowo, ja byłam grzeczna i wzięłam cała winę na siebie za swoją niekompetencję. Na koniec zapytałam: „Co powinnam zrobić, żeby to wyprostować, naprawić?”  Oczywiście, tylko ja wiedziałam, że jej odpowiedź będzie dotyczyła również windy. Pani odpowiedziała jednym zdaniem: „Proszę złożyć pismo z prośbą i wyjaśnieniem oraz dokumentami na dole w Biurze Podawczym”. „To wszystko? I będzie załatwione?” – zapytałam zdziwiona. „Tak, to wszystko. I będzie załatwione” – odpowiedziała pani z uśmiechem. Ups! Wyszłam stamtąd zdezorientowana. Mam złożyć pismo w sprawie windy i to załatwi sprawę? Ale jakie? Z jaką prośbą i wyjaśnieniem?” – postanowiłam, że po powrocie do domu przejrzę dokumenty dotyczące windy, zwłaszcza umowę kupna.

I ruszyłam w kierunku zaparkowanego samochodu, w którym już czekał syn. Nie zdążyłam otworzyć drzwi samochodu, gdy zaatakował mnie spocony mężczyzna i podniesionym głosem wyrzucał mi, że zatrzymaliśmy  się w miejscu, gdzie był wjazd na tyły sklepu i przez to on cały towar musiał przenosić na rękach. Przeprosiłam więc tego pana, że nie zauważyłam zakazu parkowania i załagodziłam sytuację. Ów pan był zadziwiająco podobny do właściciela firmy, przez którą zamówiłam i kupiłam windę. Jeszcze nie widziałam związku tej sytuacji z moim pytaniem.

                             W domu przejrzałam umowę i znalazłam paragraf mówiący o tym, że mogę w ciągu roku od zakupu zwrócić windę bez podawania przyczyny ze stratą 10% jej wartości. Był piątek po południu. Sprawdziłam daty w dokumentach: dokładnie rok mijał za trzy dni. Poniedziałek był ostatnim dniem, w którym mogłam złożyć prośbę o rozebranie windy i zwrot pieniędzy. Przygotowałam odpowiedni dokument i w poniedziałek rano wysłałam syna do biura tejże  firmy, bo z pocztą to różnie bywa. Jak przez ponad pół roku właściciel firmy nie odbierał ode mnie telefonu, tak po złożeniu pisma zadzwonił od razu z propozycją spotkania i dogadania się. Nie był zachwycony perspektywą zwrotu kasy i rozbiórki windy. Co by nie było ze Szwecji to „ustrojstwo” przyjechało dużym tirem na specjalnej platformie. Zatem sam transport stawał się problematyczny.

                         Spotkaliśmy się następnego dnia u mnie w domu. Siedzieliśmy na tarasie i „pan od windy” tłumaczył mi, że jest rzeczą niemożliwą, żeby zdemontował windę, zabrał ją i jeszcze zwrócił mi pieniądze. Zdecydowanie wolałby, żeby inaczej dogadać się w tej sprawie. Nawet mógłby w jakiś sposób uszczelnić i ocieplić feralne drzwi. Słuchając go, pomyślałam z niepokojem, że pewnie jedyną drogą odzyskania pieniędzy i pozbycia się windy będzie sąd, a to potrwa parę lat. I wtedy przypomniałam sobie wczorajsze spotkanie przy samochodzie ze spoconym mężczyzną podobnym do siedzącego przede mną „pana od windy”. Zadałam mu jedno pytanie: „Czy ma pan teraz spore trudności w firmie i nic nie idzie gładko i lekko?” Pan stwierdził, że rzeczywiście jest ciężko. Właśnie dzwonili z uczelni w Katowicach, gdzie mieli montaż wind i nie podpisano protokołu odbioru również ze względu na drzwi. Opowiedziałam mu więc o całym wydarzeniu z poprzedniego dnia, tłumacząc, że to ja i mój syn – a dokładniej nasze emocje: złość i niezadowolenie z windy blokują mu łatwy rozwój firmy. Zauważyłam też przy nim wysokiego, chudego mężczyznę, który też był zły na niego i też jego emocje przyczyniały się do trudności w funkcjonowaniu firmy. Zapytałam, kto to taki? Pan od windy ze zdziwieniem odpowiedział, że owszem wie kto to jest. To jego wspólnik, z którym się rozstał i może być na niego zły, ale on nie mógł inaczej postąpić. W tym momencie zauważyłam jeszcze jeden element z życia „pana od windy”. Nie byłam pewna tylko, czy to już się zdarzyło, czy dopiero będzie. Zapytałam więc: „Widzę też, że albo podpisze pan, albo już pan podpisał duży kontrakt na ponad milion złotych i nie będzie on dla pana korzystny”. – „Już podpisałem i już wiem, że nie będzie korzystny”- odpowiedział. – „Pojawi się sytuacja, że będzie pan mógł dodać aneks do umowy i sporo rzeczy w firmie się wyprostuje, jeśli dojdziemy do porozumienia”. Pan od windy zgodził się na podpisanie ugody, martwiąc się jedynie komu tę windę sprzeda. Powiedziałam mu, że do sierpnia znajdzie nabywcę i nie będzie stratny. Podpisaliśmy ugodę zwrotu windy, pan sobie poszedł lekko skołowany. Pięć minut później znów pojawił się przed domem, krzycząc, że ma mi coś ważnego do powiedzenia. Okazało się, że właśnie dzwonili z Katowic i podpisano protokół odbioru wind na uczelni, więc zrobią przelew i kłopoty finansowe w firmie się skończą. Windę zdemontował  w ciągu kilku dniu i sprzedał ją – tak, jak mówiłam – w sierpniu, a mnie zwrócił pieniądze.

                        Była jednakże w moim życiu sytuacja, gdy świat nie chciał odpowiedzieć na moje pytanie. Zdarzyła się kilka miesięcy później. Pogorszył się stan Kornela. Udręczona do dna, postanowiłam jeszcze raz pojechać do Wieliczki, by dostać odpowiedź na pytanie, co zrobić, żeby mój syn wyzdrowiał? Były wakacje, więc ruch był niewielki, praktycznie żadnego samochodu. Na skrzyżowaniu tuż przed wjazdem do Wieliczki zobaczyłam blokadę i kilka samochodów policji. Kazali mi skręcić w prawo, więc zrobiłam to i postanowiłam wjechać do Wieliczki od innej strony. Niestety kilometr dalej przy głównej drodze również stał samochód policyjny i możliwy kierunek jazdy na skrzyżowaniu był również tylko w prawo, czyli w przeciwnym kierunku niż Wieliczka, ale w dobrym – jeśli chodzi o mój dom. Wracając do domu miałam totalny chaos i przerażenie w głowie. Bo jeśli świat nie chce odpowiedzieć na moje pytanie, to nic dobrego to nie oznacza. Najczarniejsze scenariusze przelatywały mi przez głowę… Gdy dojechałam do domu, zobaczyłam stojącego na drabinie najstarszego syna. Coś poprawiał przy dachu. Odezwał się do mnie: „Na razie tak musi być. Ale to się da poprawić, gdy kupię szpilki”. Nie zrozumiałam, o co mu chodzi, ale usłyszałam, że to jest odpowiedź świata na moje pytanie. Czarne scenariusze odpadły, a w ich miejscu zagościła nadzieja i ulga. „Trudno, zadam jeszcze raz to pytanie, gdy się poprawi”. – pomyślałam lekko rozbawiona. A wieczorem dowiedziałam się, że Wieliczka była zablokowana i nie można było wjechać do niej z żadnej strony przez kilka godzin, bo był kolarski wyścig pokoju, czy coś takiego…

Dar Ducha

Pisałam już wcześniej, że zapach, który jest naszym ulubionym – często z dzieciństwa – jest informacją, że nasz Duch ma dla nas jakiś dar.  Czasem jest to dar, którego wagi na początku nie rozumiemy.

                                     Któregoś dnia wsiadłam w samochód z zamiarem pojechania tylko na zakupy i poczułam mój zapach świeżego koperku zaraz jak tylko wyjechałam za bramę. Pomyślałam sobie; „Ooo, nie! teraz nie wysiądę z samochodu i nie pójdę w pola na spacer – bo mieszkam  trochę na odludziu – mam coś załatwić i mało czasu”. I jechałam sobie spokojnie dalej. Może przejechałam ze dwa kilometry i zapach koperku znów wypełnił kabinę samochodu. Roześmiałam się i powiedziałam w myślach: „No, dobra… Chcesz pojeździć samochodem, doświadczyć, jak to jest przyjemnie siedzieć za kierownicą?” – to było pytanie do mojego Ducha – „Ok, nie ma sprawy, proszę bardzo, teraz ty prowadzisz”.  Poczułam ulgę, że nie będę musieć uważać na drodze, bo przecież mój Duch prowadzi bezpiecznie, więc droga powinna być pusta, szeroka, bez niespodzianek i trudności. Zaraz po tym, jak sobie to pomyślałam dojechałam do wiejskiego skrzyżowania, które zawsze do tej pory było puste, gdy na nie wjeżdżałam. A dziś z trzech stron nadjechały samochody i jeszcze rowerzysta wyskoczył zza rogu. Rany kapelusza! Ledwo zdążyłam zahamować i ominąć zagrożenie. Rozdygotana wrzasnęłam: „Ty cwaniaro, lubisz adrenalinę!” Dojechałam do marketu, zrobiłam zakupy i dopiero po powrocie do domu przyjrzałam się ponownie temu, co się zdarzyło.

                   Okazało się, że dostałam odpowiedź na pytanie, które zadawałam sobie od kilku lat: Jaka jest pasja mojego Ducha? Bowiem przeglądając swoje życie niejednokrotnie wydawało mi się, że nie robiłam nic nadzwyczajnego, nie miałam żadnej misji, pasji, każda rzecz, jakiej się złapałam szybko mi się nudziła. Wprawdzie z mojego życiorysu można by spokojnie zrobić kilka filmów sensacyjno-przygodowych plus komedię i krótkometrażową tragifarsę, ale wybitnych osiągnięć to w nim nie było. Zaczęłam więc podejrzewać, że nie odkryłam do tej pory pasji swojego Ducha i marnuję życie, co oznacza, że za kilka lat mój Duch stwierdzi, że szkoda na mnie energii i zakończy moje życie. Niezbyt dobrze, bo mnie dopiero co życie zaczęło rajcować…

A tu masz taka odpowiedź: pasją mojego Ducha jest adrenalina, a dokładniej ekstremalne doświadczenia życia. Nie chodzi o skoki na bandżi, ani sporty ekstremalne. Mój Duch jest wirtuozem i mistrzem skrajnych sytuacji życiowych, kocha doświadczanie i znajdowanie wyjścia i rozwiązań z najtrudniejszych sytuacji. Takie informacje popłynęły do mnie podczas medytacji.

                             I to był najcenniejszy – jak do tej pory – dar, jaki dostałam od mojego Ducha. Przestałam się bowiem obwiniać, że marnuję życie, czy też, że muszę bezwzględnie coś zrobić, bo życie mi ucieka. Z taką pasją Ducha mogłam spokojnie zaakceptować swoją burzliwą przeszłość i trudną chwilę obecną trwającą już 11 lat. Dzięki tej wiedzy zyskałam wielką moc, o którą nigdy bym siebie nie podejrzewała. Zaakceptowałam swoją ścieżkę, mając przy tym pewność, że zawsze na niej byłam.

KROK PO KROKU

                                         Jaki jest więc schemat techniki „Wyjdź do świata z pytaniem”? Prosty. Zadajesz pytanie dotyczące twojego problemu, który chcesz rozwiązać i wychodzisz do świata po odpowiedź. Podczas takiej sesji potrzebujesz zachować dużą uważność i być świetnym, skupionym obserwatorem.

Ja nieraz wychodzę tylko do ogrodu i to, jak zachowuje się moje ciało podczas spaceru i co robię w ogrodzie jest dla mnie czytelną odpowiedzią. Mam znajomego, który łażąc po górach przewiduje  przyszłość swojej firmy: każdy kamień po zadaniu pytania i sposób jego pokonania jest dla niego informacją, jak sobie poradzi z trudnościami w biznesie, ile zarobi, czy będą straty i jaką drogę do celu wybierze. Po takiej wycieczce ma pełny biznesplan oraz gotową strategię rozwoju firmy na cały rok.

                    Może być  też tak, że nie od razu zauważysz pełną odpowiedź albo nie będziesz umieć zinterpretować znaków. Jednakże wystarczy, że wyciągniesz chociażby tylko jeden wniosek z takiej przygody, to już zmieni twój ogląd problemu, z którym się borykasz, a więc zmniejszy go.

Z czasem ustalisz swój system znaków, który zawsze będziesz rozumieć. Gdy idę ulicą i widzę gołębie jestem pewna, że to po co idę , załatwię i wszystko będzie ok, gdy nad głową przelecą mi wrony – staję się ostrożna, bo dla mnie to zwiastun kłopotów z plotkarskimi ludźmi. Natomiast karetka pogotowia na sygnale była przez długi czas powodem, że cierpła mi skóra i gula płaczu stawała w gardle, ale zmieniłam to: obecnie ten dźwięk oznacza dla mnie, że właśnie odpadł, został przepracowany i zintegrowany jakiś ważny temat z karmy osobistej lub rodowej. Ustalenie swojego systemu znaków, jest ważne, gdyż wtedy cały świat się do niego dostosuje i dostaniesz wygodne narzędzie widzenia przyszłości przynajmniej w zakresie: robić coś, czy odpuścić; iść tam, czy uciekać; rozwijać znajomość, czy nawet nie rozpoczynać, itp.

Moi znajomi czasem mówią, że tylko przy mnie tyle się dzieje i niektórzy wolą robić taką sesję techniki Wyjdź do świata z pytaniem ze mną, bo ja na bieżąco interpretuję to, co się dzieje i umiem powiązać wiele elementów, które dla nich są nieczytelne. Kwestia wprawy i doświadczenia. 🙂 Toteż warto ćwiczyć, praktykować, być uważnym obserwatorem, wyciągać wnioski.

                                 Mam  propozycję dla każdego, kto po przeczytaniu tego wpisu, sprawdzi tę technikę na sobie. Jeśli opiszecie dokładnie, co  się zdarzyło i na jakie pytanie świat odpowiedział, to ja opublikuję te historie na moim blogu i pomogę w zinterpretowaniu znaków, które były  dla was mało czytelne.  Czekam na maile z waszymi historiami przez najbliższe dwa tygodnie. 🙂

12 myśli na temat “WYJDŹ DO ŚWIATA Z PYTANIEM

  1. Oj nie mogłam się doczekać na Twój dzisiejszy wpis 🙂 🙂
    Ja przyjmuję wyzwanie 🙂 no chyba, że nastąpi jakaś pomroczność i widzieć nic nie będę 😀 ale wtedy też dam znać 🙂 natomiast tak na szybko muszę tu napisać, że w trakcie czytania tego tekstu, przy fragmencie dotyczącym pasji Twojego Ducha (swoją drogą Skubany Jeden ) 😀 nagle przed oczami stanął mi sen sprzed chyba dwóch dni… Pamiętam, że oglądałam piękne kolorowe i wielkie kwiaty i bardzo miałam na nie ochotę, ale wahałam się, bo wiedziałam, że brakuje mi pieniędzy i każda złotówka musi być wydana tylko na to co najpotrzebniejsze. Nagle tak jakbym znalazła się przy drodze, siedziałam sobie, była słoneczna pogoda i nagle patrzę a tu jedzie wóz, na nim kobieta i ma tam całą masę tych dużych kwiatów i ja znowu tak z żalem patrzę i zastanawiam się kupić, nie kupić… W tym momencie podeszła jakaś kobieta i po prostu kupiła obręcz z tych kwiatów, przypominającą wielki wianek. Tak po prostu wzięła i kupiła, bez zastanowienia, po czym wóz skręcił w prawo i pojechał a ta kobieta w lewo i tym sposobem przeszła z tym wiankiem koło mnie, a ja pomyślałam, że chciała i kupiła, a ja co?????
    I jak tak czytałąm Twój wpis i przyszedł ten sen to pierwsza myśl jaka mi przyszła to ciągły strach przed kupieniem czegoś, bo i tak mi już brakuje… ale być może ma to jeszcze inne znaczenie 🙂

    Tak, czy inaczej ruszam z metodą, zobaczymy 🙂
    Dziękuję za Twój wpis 🙂 Niech Ci się darzy 🙂

    1. dziękuję 🙂 i wzajemnie 🙂 twój sen świetnie zrozumiałaś. Gdy nauczysz się być hojną dla siebie, to świat też taki będzie 🙂 Poza tym hojność to cecha bogów. Mnie się bardzo podoba. Kiedyś o tym napiszę, a może już za tydzień? 🙂

  2. Czytając ten wpis czułam się tak jak byś opisała fragment mojego życia. Często zadaje pytania ale nie dostaje odpowiedzi, bądź nie umiem odczytać znaków które wysyła do wszechświat, bądź też mam tak wiele blokad które utrudniają ten przepływ. Tak więc na tkwie w próżniowym kręgu problemów niczym ruchomych piaskach, a do okoła żadnej pomocnej dłoni bym mogła wyciągnąć nogi z bagna i stanąć na stabilnym lądzie.
    Pozdrawiam

    1. Przyczyn takiej sytuacji może być kilka 🙂 Na pewno zablokowana czakra podstawy, więc brak poczucia bezpieczeństwa oraz określenia priorytetów i celów. Określ dokładnie, na czym Ci zależy, co jest ważne. To nieraz wymaga odwagi 🙂 Uważność, dostrzeganie odpowiedzi świata jest związana ze spokojem w sobie, ale też wielką potrzebą znalezienia wyjścia. Dopóki nie toniesz i nie stoisz nad przepaścią, na ogół rezygnujesz ze zmiany, bo tak działa nasz umysł: nie lubi zmian. Zmiany trzeba zacząć od przekonań, potem emocje – wtedy sytuacja życiowa sama się zmienia. Zawsze jednak potrzebne jest twoje działanie, decyzja i wytrwałość. Dasz radę 🙂 Proponuję ci zastosować akceptację cienia, którą opisałam w poprzednim wpisie. Siądź, poczuj całą sytuację, w której jesteś i odbierz tej sytuacji swoją energię. Im częściej będziesz robić solidnie tę terapię, tym szybciej będą zmiany 🙂 Pozdrawiam ciepło 🙂

  3. zadałam pytanie:) i dostałam odpowiedź i to było niesamowite, gdy do mnie dotarło,że to właśnie jest odpowiedź na moje pytanie haha:) spytałam co mam robić.. potem pojechaliśmy na spotkanie, siedzimy w poczekalni, wzięłam jakąś gazetę z 2015 r( babską, chyba zwierciadło) i zaczynam czytać pierwszy z brzegu artykuł.. o kobiecie, starszej pani , ktora dała ogłoszenie ,że będzie słuchać ludzi.. tak po prostu, bez oceniania, bez porad.. po prostu słuchać… skończyłam czytać, miałam przerzucić stronę na następną.. i mnie tkneło:)

    1. 🙂 bardzo mnie to cieszy… 🙂 może opiszesz to szczegółowo w mailu do mnie – chętnie opublikuję. Bo dużo ludzi nie wierzy, że to działa i nawet boi się spróbować 🙂 chyba, że to bardzo osobista sprawa… 🙂

  4. Dopiero teraz przeczytałam.
    Zdarzyło mi się w przeszłości. Zapytałam o zen. Czy warto chodzić dalej do grupy zen?
    I stało się. Wyszłam na spacer z psem. Przewróciłam się. Niby nic. Lekko rozbite kolano i rozdarte spodnie.
    Zaczęło się wieczorem. Coś mi się ze wzrokiem porobiło. Widziałam podwójnie.
    Żaden lekarz nie znalazł przyczyny. Trwało tyle ile moje chodzenie do grupy zen – 3 miesiące.
    Straszne 3 miesiące bez książek. Jako tako mogłam czytać po zakryciu jednego oka, ale wtedy oko się męczyło.
    Czy to był znak: nie warto chodzić? Czy może strach mojej podświadomości przed zen? Może jedno i drugie.

    1. Interpretacja twojego wydarzenia jest prosta: kolana to zależności w relacjach, wygląda na to, że ich nie lubisz 🙂 podwójne widzenie – masz silną osobowość i nie lubisz, gdy ktoś narzuca ci swój sposób widzenia świata, czyż nie? Moim zdaniem, podświadomie czułaś nieodpowiednie dla ciebie klimaty i sobie zrobiłaś kuku, żeby się za to ukarać i wycofać. 🙂 Historia świetna 🙂 Znam parę osób, którym też samorzutnie uruchomiła się technika „wyjdź do świata z pytaniem” – tak, jakby była oczywistością na drodze rozwoju osobistego. 🙂 Jak ja zadałam sobie pytanie parę lat temu i wyszłam z psem na spacer, to psy się pogryzły, a ja wylądowałam w komisariacie policji, hihi. 🙂

  5. Też tak pomyślałam, bo na zen już nie wróciłam, a i z medytacją z otwartymi oczami dałam sobie spokój. Nie czułam jej. Nie była dla mnie i spotkania za długie były.

Dodaj komentarz