ZEPSUTY DZIEŃ

     (…o bólu, medycznej marihuanie, polach emocji, nienawiści i uzdrawianiu… )

 

                                         Od 11. maja tego roku podaję mojemu synowi medyczną marihuanę. Jeszcze nie mogę powiedzieć, że się poprawiło, czy też, że jest lekiem cud. Są tacy podobno, u których zdrowienie idzie szybko, wręcz natychmiastowo. Ale nie u nas. Za to są już dwa pozytywne efekty: Kornel lepiej śpi i jest spokojniejszy. Mogę też powiedzieć jeszcze jedną rzecz o medycznej marihuanie: zwiększa przepuszczalność ciała na pola emocji oraz zwiększa skuteczność terapii czaszkowo-krzyżowej i uzdrawiania pranicznego, co oznacza, że może doprowadzić do wyzdrowienia… 

Obserwacja bólu

                                    Z powodu wielonarządowych uszkodzeń w ciele syna miałam duży dylemat, jaką dawkę zastosować. I oczywiście przesadziłam. Podawanie po kropelce co godzinę wyciągnęło tak dużo bólu z pamięci komórkowej ciała, że omal nie skończyło się to marnie dla nas. Dopiero dawki dwóch ekstraktów CBD i CBG w odpowiedniej proporcji na kilogram masy ciała ustabilizowały organizm. Okazało się, że wszystko naraz jest niemożliwe do przeskoczenia i trzeba po kolei…. 🙂

                            Pierwszy element, jaki się pojawił to był mój lęk o życie syna, który jak ciasto oblepiał Kornela. Przepuszczenie takiej ilości strachu przez ciało i zintegrowanie wywaliło mnie na dwa dni. Duży ból w nerkach, kości krzyżowej i praktycznie całym kręgosłupie. Jeśli ktoś myśli, że uzdrawianie jest bezbolesne, to jest w dużym błędzie.

Potem zobaczyłam moją prababcię, która drżała ze strachu, że kolejne jej dziecko umrze. Pochowała siedmioro swoich dzieci w wieku 0,5 – 3 latka. Czułam jej ciężar na sercu, zaciśnięte gardło, niewypowiedzianą rozpacz i lament. Chyba nie wszystko zeszło, więc wróci.

Jednakże ból – nawet duży – jest do zniesienia. Wystarczy trochę popraktykować, rozumieć proces, wiedzieć, że po zakończeniu przyjdzie ulga i poprawa.

                              Gdy zamkniesz oczy i skupisz się na doznaniach w ciele, doświadczanie bólu stanie się oczywistością: po prostu integrujesz energię, która spowodowała chorobę poprzez akceptację, szacunek dla siebie samej i świadomość, że na tym polega pełnia życia. Ty jesteś tylko obserwatorem doznań w ciele, które – w miarę obserwacji – gdy dojdą do apogeum, wygaszają się, aż w końcu cichną.

                                Życie w szczęśliwości to również doświadczanie bólu w sposób świadomy jako normalnego przejawu życia. Bez potrzeby panikowania, brania lekarstw przeciwbólowych, antybiotyków, etc. Nikt z ludzi bólu nie uniknie. Zdarzy się absolutnie każdemu (choć, gdy byłam młoda i naiwna myślałam, że akurat mnie ominie 🙂 ).

Gdyby ludzie nie uciekali przed swoimi trudnymi i bolesnymi uczuciami, nie spychali ich w zakamarki swojej podświadomości, lecz je „oswoili” – pozwolili im zaistnieć i z wielkim szacunkiem pochylili się nad nimi – byliby znacznie bardziej szczęśliwi i zdrowsi.

A tak to co mamy? Udawanie, że wszystko jest ok, że jesteśmy silni i nic nie robi na nas wrażenia, a na dodatek idealni, pozujemy na „architektów szczęścia”. Kłamstwo, niestety, zawsze ma krótkie nogi i przychodzi dla każdego moment na szczerość.

                               Tymczasem wystarczy codziennie poświęcić sobie kilka chwil i z delikatną uważnością powyciągać wszystkie kolce, które pozwoliliśmy innym wbić w nasze serce, wszystkie strzały słowne, które otrzymaliśmy od szanownych bliźnich w ramach równowagi. Dopiero w ten sposób stajemy się silni: będąc zawsze blisko siebie, blisko swoich emocji, doświadczeń i z troską dbając o wygładzenie zmarszczek emocjonalnych, które niszczą ciało.

Brak takiej siły, która jest siłą prawdziwą, odbiera szansę na rozwój, uzdrowienie ciała i szczęśliwe życie.

                            Wypieranie się bólu, lęku, słabości, wściekłości, rozpaczy i wszystkich innych wstydliwych – bo nieszlachetnych lub brzydkich emocji to wypieranie się części siebie. Przecież one i tak są. Może więc lepiej je uznać bez oceniania? – to przynajmniej da pełnię i uzdrowi ciało.

  Doświadczenie nienawiści

                                 Następne pola emocji, które pojawiły się wraz z koszmarnym bólem w biodrach to była czysta, żywa nienawiść. Wydawało mi się, że już zintegrowałam ten temat, pojawił się bowiem i trwał dość długo razem z pracą ze złością – wtedy bolała mnie wątroba, trzustka, żołądek, pęcherzyk żółciowy.

                                   Tym razem chodziło o przekonania i doświadczenia z karmy rodowej. Zobaczyłam kobiety z linii żeńskiej rodu zarówno ze strony matki, jak i ojca, które miały charakterystyczną pozę; wszystkie stały tyłem do swoich dzieci. I szła ogromna ilość nienawiści od matek do dzieci, że one nie mogą liczyć na ich pomoc, bo oni się lenią i unikają pracy. Tysiące złorzeczeń przepływało przez moją głowę, a biodra przeszywał zimny, usztywniający ból. Wytrzymałam godzinę, potem jeszcze zrobiłam jedną sesję. Powiem wam tyle: tylko kobieta jest zdolna do takiej nienawiści – tak samo jak tylko ona jest zdolna do prawdziwej bezinteresownej miłości.

W głębszej warstwie okazało się, że jest jeszcze jedno bardzo silne pole emocjonalne nienawiści. Wychodziło od mojej babci z uwikłaniem z moim pradziadkiem. Temat jak z filmu historyczno-kostiumowego. Mój dziadek jest w partyzantce, babcia sama z czwórką malutkich dzieci, a pradziadek -złośliwiec i pyszałek nie pozwala babci korzystać z wody ze studni za płotem i babcia musi codziennie chodzić z wiadrami daleko aż do pompy we wsi. Całą drogę w tę i z powrotem złorzeczy w myślach mojemu pradziadkowi – a swojemu teściowi – na czym świat stoi i życzy mu wszystkiego, co najgorsze. Niestety, tę nienawiść dostają też jej dzieci, z którymi połączona jest energetycznie. Na koniec pole nienawiści materializuje się w ciele mojego syna jako sztywne biodra, problemy kostno-stawowe i nawracające stany zapalne.

                              Ciekawe, że w tym motywie nienawiści pojawił się też symbol chrześcijaństwa, który już kilkakrotnie wychodził przy oczyszczaniu stawów mojego syna. Oczywiście to były programy związane z cierpieniem niezasłużonym z powodu konieczności bycia posłuszną żoną i cierpliwą wyrozumiałą, poświęcającą się matką. Jak to czasem nie wiadomo, co jest w środku, zanim nie podniesie się pokrywki 🙂 .

Ale co z tą karmą rodową?

                                  Po co właściwie się zajmuję tą karmą rodową i czepiam przodków, którzy już dawno nie żyją? – ktoś zapyta. Z prostej przyczyny: to od nich mam ja i moje dzieci zapisy genetyczne i zapisy w pamięci komórkowej ciała oraz zapisy w podświadomości. I właśnie te zapisy determinują mój los, moje zdrowie, moje szczęście oraz zdrowie, szczęście i los moich dzieci.

                                  Ustawienia Hellingerowskie są dla wielu skuteczną formą pracy z karmą i uwikłaniami rodowymi. Dla mnie – nie. Być może dlatego, że zraziłam się po dwóch pierwszych sesjach, a wyznaję zasadę: „jak pierwszy raz jest do d.., to nie mam ochoty powtarzać”. Chodziło o interpretację prowadzących ustawienia, która – moim zdaniem – była nacechowana ograniczającymi przekonaniami tych osób, a przez to nieprawdziwa. Ale wybieram się teraz na ustawienia Hellingerowskie w milczeniu, w których tylko doświadcza się pojawiających się  w układzie rodzinnym emocji bez żadnych słów, czy interpretacji. Zobaczymy.

Na razie idę sobie swoim tempem i swoimi metodami z radością, że lecznicza marihuana tak ułatwiła mi pracę. Chociaż – przyznam – po pierwszych dwóch dniach czułam się jak ten zajączek z obrazka i prosiłam o jakiś inny nie zepsuty dzień.

                              Dodam jeszcze, że każda matka może przez siebie przepuścić i zintegrować emocje, które spowodowały chorobę jej dziecka. Tym bardziej, że do 7-go roku życia wszystkie choroby dziecka pochodzą od nieprzepracowanych emocji matki oraz rodu. Bowiem dziecko do tego czasu jest połączone z matką bardzo wieloma pasmami energetycznymi i wymiana energii pomiędzy nimi jest na wielu poziomach. Podobnie jest w przypadku osoby długoterminowo chorej i zależnej od otoczenia. Mam tak z moim synem.

                                 Pewna jasnowidzka parę lat temu powiedziała, że Kornel wyzdrowieje, jeśli oczyści się karmę rodową z 12-stu pokoleń, czyli zintegruje niskie pola emocji z takiej ogromnej ilości ludzi. Jeśli to prawda, to czeka mnie pracowity rok i… bolesny w sposób radosny. Trochę dziwnie powiedziane, ale właśnie tak to czuję: bo jest to ból, który uzdrawia, a przy tym idzie łatwiej dla Kornela – lecznicza marihuana wyciszyła stany zapalne, rozluźniła ciało i przepływ energii stał się łatwiejszy.

                                   David Hawkins radził sobie z przepuszczeniem i zintegrowaniem emocji jednej choroby w ciągu sześciu tygodni, więc to, co teraz się dzieje u mnie od tygodnia to zaledwie przedsmak tego, co się zdarzy. Tym bardziej, że wytrzymałam i zintegrowałam  zaledwie emocje do trzeciego lub czwartego pokolenia i tylko z kilku tematów. Ale cóż, każdy ma ubranko uszyte na swoją miarę: skoro tak mamy, to damy radę.

 

 

4 myśli na temat “ZEPSUTY DZIEŃ

  1. Super. Bardzo mnie poruszył ten wpis. Coś chyba zaskoczyło. A właśnie w tym momencie, absurdalnie, ale podczas czytania, zrobiło mi się zwarcie w lodówce. Musiałam przerwać czytanie żeby sprawdzić czy coś mi się nie sfajczy w domu.

    1. To faktycznie było dla Ciebie ważne. Napisz, co z tego u Ciebie wyjdzie. 🙂

  2. Ślę Ci dobre myśli. Dobrych dni i dobrej drogi. Dojdziecie najdalej jak można 🙂 i… może zaprzyjaźnij się z duchami świętych roślin…??? 🙂

    1. 🙂 DZIĘKUJĘ. Dobry pomysł – już nabieram szacunku do „maryśki” 🙂

Dodaj komentarz