Czas nagli…

Masz może takie odczucie, że nie zdążysz, spóźnisz się, znów coś cię ominie, musisz się śpieszyć? Albo odwrotnie, że jesteś za wolny, znów musisz czekać, wszystko się wlecze, a przecież goni cię czas? To wszystko to – niestety – kody traum rodowych i wcale nie jest prosto je zmienić medytacją, czy klasyczną pracą psychologiczną i racjonalizacją sytuacji. Po prostu przycisk, żeby szybciej i szybciej włącza się jakby sam i to w momentach, gdy człowiek absolutnie powinien zachować spokój i uważność. Zamiast tego trzęsą mu się ręce, w klatce piersiowej lub w brzuchu odczuwa dziwne drżenia i niepokój. Wtedy zamiast szybciej, wszystko idzie wolniej i gorzej. Ot, taki paradoks.

KRÓTKIE ŻYCIE

Życie JEST KRÓTKIE! Jeśli tego nie rozumiesz i nie czujesz, to masz wielki problem. Bo przyjdzie taki moment, gdy poczujesz się jak przysłowiowy dupek z ręką w nocniku. Co więcej: doświadcza tego momentu chyba każdy człowiek na Ziemi. Dobrze, jeśli nie na końcu życia, lecz na przykład w okolicach dwudziestki, bo wtedy takie doświadczenie jest mega transformujące, motywujące i mobilizujące.

Jak to jest, że pędzimy, pędzimy, goni nas czas, na nic go nie mamy i…. i tak tracimy czas, życie, a poczucie pustki i braku czasu staje się wręcz wszechogarniające?

Już trochę o tym pisałam: https://zpietamiwchmurach.pl/czas-to-ja/

Dziś trochę z innej beczki.

PRIORYTETY I KONSEKWENCJA

Weź kartkę i napisz: Co jest najważniejsze w MOIM życiu? I pod tym pytaniem daj odpowiedź w trzech punktach:

1…..

2….

3….

Jeśli na pierwszym miejscu nie napiszesz: JA, to przez całe życie będziesz mieć za mało czasu, będziesz się śpieszyć nie wiadomo z jakiego powodu, za czym i po co. Bo inni ludzie stale będą wykorzystywać twój czas, twoje umiejętności i twoją energię do swoich celów. A ty stale będziesz mieć uczucie, że życie przecieka ci przez palce, a czas pędzi jak szalony. Oczywiście, na poziomie świadomym to wcale nie jest takie jasne i oczywiste. Wielu będzie się zapierało, że tak nie jest. Jednak nieświadomość nie kłamie, bo ma dostęp do całej prawdy o nas. Toteż daje nam popalić kodami traum rodowych i niezadowoleniem z życia.

Według Totalnej Biologii dość łatwo poznać osoby, które nie stawiają siebie w swoim życiu na pierwszym miejscu. Są to wszystkie osoby z tak zwanym brzuchem piwnym. Im bardziej oddalony pępek od kręgosłupa, tym bardziej i dłużej poświęcałeś swój czas i siebie komuś innemu, czemuś innemu niż sobie. Tym większą bezradność i bezsilność masz w sobie, którą obrazuje twój brzuch. Bo jak nauczysz swoje otoczenie, że stale jesteś dla innych, masz czas, cierpliwość, siły, to tym trudniej oduczyć pasożytujących na  tobie ludzi, że już tak nie chcesz. Typowy przykład osoby żyjącej dla innych to nasza słynna Matka Polka. Cóż, też tak robiłam. Ale mi przeszło. A właściwie zrobiłam dziesiątki kodów dotyczących poświęcania się dla innych, które niby miały świadczyć o moim dobrym i wielkim sercu, a tak naprawdę odebrały mi niezły kawałek życia.

Brzuch piwny mają też osoby, które na pierwszym miejscu w swoim życiu stawiają pieniądze albo wygląd zewnętrzny, albo nałogi. Toteż wcale nie musi on być oznaką, że ktoś poświęca się dla innych, ale zawsze świadczy o tym, że ktoś dużą część swojego życia poświęcał nie sobie, ale czemuś innemu.

Wszystko możesz więc zmienić. Gdy postawisz siebie na pierwszym miejscu w swoim życiu, potrzebujesz jeszcze tylko jednej cechy, by zmiana się zdarzyła: konsekwencji.

Konsekwencja to nic innego, jak pytanie siebie przed absolutnie każdym działaniem, każdą decyzją, czy faktycznie, w tym co chcesz zrobić ty jesteś najważniejszy. Jeśli nie – to za każdym razem rezygnujesz z takiego działania, nie podejmujesz takiej decyzji. I tyle. Kropka.

Wszechświat zawsze nagradza bycie konsekwentnym. Pamiętaj o tym. I zdziwisz się, jak wielkie zmiany zdarzą się w twoim życiu tylko dzięki temu.

 

SESJA LIFE FLOW CLEAR NA CZAS

 

Po uziemieniu i połączeniu z Wszechświatem, zapytałam, czy mam jakiegoś zwierzaka, który pomógłby mi z tematem czasu i kodami traum dotyczącymi czasu. Po chwili zobaczyłam orła. „No, masz, to dziś będziemy latać” – pomyślałam z lekkim niepokojem, bo samolot nie jest moim ulubionym środkiem transportu. Opcja scalenia się ze świadomością orła nie do końca mi pasowała, bo mógłby złapać chorobę lokomocyjną ode mnie. I co wtedy? Zdecydowałam się na podróż na oklep, że tak powiem. „Raz kozie śmierć” – pomyślałam, wtulając twarz w pióra orła. No i polecieliśmy….

Gdy po chwili znaleźliśmy się nad skałami, orzeł obniżał lot coraz bardziej, by w końcu wlecieć do jaskini. No, cóż. Norma u mnie. Ale skoro orzeł jest przewodnikiem, to niech mi on powie, co mam tu zrobić. A orzeł stwierdził, że ja dobrze wiem, co mam zrobić. Fakt. Wywołałam więc liderów, dziwnie wszyscy byli skrzydlaci i jak zwykle obleśni. Co by nie było to reprezentanci egregorów. Załatwiłam ich Światłem i Miłością, potem wywołałam tornado – oczywiście było i to potężne. Nachapały się więc egregory mojej energii jadąc na kodach traum dotyczących czasu, toteż ją odzyskałam, a potem usunęłam zaczepy, które wyglądały jak szpony.

Gdy wyszłam z jaskini, otoczyła mnie mgła. Poczułam się zagubiona, ale mgła zmieniła kształt tworząc wielkie, delikatne skrzydła, które na dodatek okazały się moimi. Odczucie było świetne. Potem cała scena zmieniła się w ogromną łunę Światła. Było dziwnie i nieziemsko. Wyglądało na to, że byłam w miejscu, gdzie nie było czasu.

Potem przerzuciło mnie w mniej przyjemną scenę: Światło zaczęły zagarniać metalowe szpony i czarne skrzydła. Jednak moja obecność sprawiała, że Światło transformowało mrok płynący z czarnych skrzydeł, tworząc niesamowitą kaskadę kolorów i fraktali. Fajnie to wyglądało. Patrzyłam przez długą chwilę, jak Światło pokonuje mrok.

Nagle znalazłam się w małej chatce pod strzechą, gdzie sama mieszkałam wśród zbóż. Towarzyszyło mi odczucie totalnego spokoju i wyciszenia. Nic, tylko przestrzeń i spokój. Jakby zatrzymał się czas…

Po chwili byłam już  na polu truskawek u mojej babci jako może trzyletnia dziewczynka. Zobaczyłam babcię, dziadka, ciocię i mamę. Poczułam mięciutką trawę pod stopami, a w ustach smak świeżej truskawki i sok spływający po brodzie.  Podeszłam do uśmiechniętego dziadka i włożyłam mu do buzi truskawkę. Pełna sielanka, totalnie bezczasowe doświadczenie. Czas znów się zatrzymał i byłam szczęśliwa.

I nagle koniec sielanki. Moja mama krzyczy na mnie i szarpie mnie za rękę. Mama jest zła. Czuję niepokój i chociaż świeci słońce, to dla mnie wokół jest czarno. „Musimy się śpieszyć!” – słyszę ostry głos mamy. Wokół mnie zrobiło się metalicznie czarno. Nikt na mnie nie zwraca uwagi. Stoję i nie rozumiem, dlaczego się zepsuło, dlaczego nikt mnie nie widzi, a przecież przed chwilą było tak fajnie. Wzięłam więc tę małą dziewczynkę na ręce i przytuliłam. Obiecałam  małej Bernadetce, że będę do niej wracać. Już byłyśmy kumpelami. Scena się rozjaśniła.

I kolejna scena z dzieciństwa: siedzimy na płocie z koleżankami i kolegami podczas wakacji również u babci. Czas się tutaj nie liczy. Jest fajnie. I nagle sielanka, bach, przerwana: „Szybko na obiad!” – głos mamy sprowadza na ziemię i zmusza do przerwania bezczasowego, szczęśliwego momentu.

Ze zdumieniem patrzyłam na moją mamę, która cała była roztrzęsiona, telepała się jak galareta. Chcialam jej pomóc, zapytałam, co mogę dla niej zrobić. Okazało się, że nic, bo nawet nie chciała usiąść. Stałam chwilę nad nią, żeby dojść, co było przyczyną jej zdenerwowania. Mama była nakręcona z powodu zmęczenia. Łatwo podałam jej energię. Mama w końcu usiadła na ławeczce i się uspokoiła. Scena zmieniła się. Pojawiła się babcia, z którą mama zaczęła rozmawiać. Po chwili już się śmiały. Wokół się rozjaśniło.

Koniec historii zamknął obrazek, gdy wchodzimy do babci domu na ganek, a ciocia Jasia podaje świeże ziemniaczki z koperkiem i zsiadłym, zimnym mlekiem. Pycha. Pachnie dobrym jedzeniem i dobrą atmosferą. Wydawało się, że to koniec sesji.

Ale ciągle jeszcze byłam w domu babci.  Znów miałam może ze trzy latka. Dziadek wziął mnie na kolana i zrobił mi kanapkę ze swojskiego chlebka i z pachnącym swojskim mięskiem ze słoika. Pachniało pięknie. To kanapki na drogę, Nagle poczułam zapach kropli walerianowych: to ciocia wyjęła z kredensu lizaka dla mnie na drogę. Ludzie się dookoła uśmiechają i są pogodni, jest dobre jedzenie. I w końcu wyjeżdżamy: wsiadamy do kremowej syrenki. Machamy sobie na pożegnanie. Idealne zakończenie sceny z dzieciństwa. Nawet nie wiem, czy prawdziwe. Jednak dające sporo do myślenia: czas nie istnieje, gdy jesteś szczęśliwy, gdy całym sobą chłoniesz życie, a ludzie wokół są uśmiechnięci i otwarci. Fajnie było wrócić do tych chwil, gdy było szczęśliwie i bezczasowo.

 

 

Dodaj komentarz