gdy ból jest zbyt wielki….

… zastygasz w bryłę lodu. Przestajesz czuć, każdy krok staje się wysiłkiem ponad miarę, a oddech zwalnia, podobnie jak bicie serca. To smutek tak przywala i mrozi życie człowieka, jego ciało i uczucia. Tak miałam po wypadku syna. Od tej pory minęło 13 lat i wydawało mi się, że temat dawno ogarnęłam….

Wędrówka po ciele

A tu masz! Zrobiłam sobie wycieczkę po ciele, a dokładniej po większości jego organów i kościach co niektórych. Efekt tego był taki, że smutek wyciął mnie z życia na kilka dni… To były emocje z traum rodowych w śledzionie, trzustce, żołądku i trochę w wątrobie oraz moje z doświadczeń po wypadku syna.

Oczywiście, wiesz, że świadomością możesz być wszędzie. Toteż proponuję tobie teraz właśnie taką wycieczkę po ciele. Wydaj komendę, że z każdym oddechem wchodzisz  do swojego centrum w ciele, poczuj dobrze swoje ciało. A następnie wejdź sobie do konkretnych narządów i obejrzyj  dokładnie, co tam jest. Zacznij na przykład od wątroby.

Gdy już jesteś w środku powtarzaj na okrągło „rozpoznaj prawdę”. Jest to komenda dla twojego ciała, które jest mądre i dzięki tej komendzie usunie z danego organu to, co obce i szkodliwe. Zasadniczo ta komenda działa na wirusy, bakterie i pasożyty, bo to są obce organizmy w ciele człowieka i nasze ciało umie skutecznie się ich pozbyć.

Gdy zauważysz w organie różne metalowe szczegóły, typu kawałki blachy, metalowe łańcuszki, siateczki – to wszystko są szkodliwe wirusy, które niszczą tkankę i bazują na niskich emocjach. Powtarzanie komendy i obserwowanie procesu aż metal zniknie jest skutecznym wyleczeniem wirusów i bakterii w każdym organie.

Poprawa jest natychmiastowa. Jednakże to nie wystarczy. Ponieważ dany wirus, czy pasożyt uaktywnił się na skutek określonych traum rodowych i pokładów niskich emocji, które zgromadziły się w danym narządzie lub wokół niego. Trzeba jeszcze odkryć historię pierwszego przodka, od którego się to zaczęło oraz własne wcielenia, które mają podobną historię. I na bazie tych historii odnaleźć uszkodzone geny lub pakiety genów i je wyleczyć. Wtedy uzdrowienie jest pełne.

Gdy wędrujesz po narządach możesz się natknąć na  różne rzeczy. Ja znalazłam górę lodu, śniegu i zamrożenia w różnych organach i tkankach. Zobaczyłam sobie i zostawiłam. A potem smutek i żal wylewał mi się drzwiami i oknami przez tydzień. Dlatego taki lód, śnieg, szron, zlodowacenie trzeba po prostu rozpuścić.

Wątroba pamięta bezsilność

 

Trochę ponad rok temu aktywowałam sobie pasożyta w wątrobie i było to dokładnie w dniu, w którym pewien lekarz akupunktury, szef Centrum Medycyny Chińskiej w Krakowie, odmówił pomocy mojemu synowi. Skończyło się to dla mnie operacją usunięcia pęcherzyka żółciowego w sierpniu minionego roku.

Toteż wcale nie byłam zdziwiona, że w mojej wątrobie jest pełno kamieni. Produkował je właśnie ten mały robaczek. Powstał na bazie uszkodzonego DNA, pod którym była historia mojej praprababci. Szczerze powiem, że nie wiem, ile tych „pra” powinno być, to mogło być albo ósme, albo dziewiąte pokolenie wstecz. Moja praprzodkini była łączniczką w partyzantce. Została złapana przez wrogów, którzy mówili po niemiecku, ale bardziej twardo – więc raczej to byli Austriacy. Moim zdaniem to były czasy powstania styczniowego albo listopadowego. W każdym razie prześladowcy tej kobiety byli przekonani, że jest ona w posiadaniu informacji, których potrzebowali. Toteż torturowali ją w taki sposób, żeby bardzo bolało, ale, żeby szybko nie umarła, licząc, że w końcu ją złamią. Po torturach zamykali ją w ciemnej i mokrej piwnicy. Ta moja praprapra…babcia doświadczała koszmarnej bezsilności: złości na ból i tortury oprawców połączonej z niemożnością zrobienia czegokolwiek, by to zmienić, uciec, ani nawet umrzeć. Skrajna bezsilność i udręczenie były jej głównymi emocjami.

Powiem tyle: świetnie ją rozumiałam, bo od wypadku syna wielokrotnie byłam w takim samym stanie psychicznym, patrząc na cierpienie mojego dziecka. Uzdrowienie tej sytuacji z dalekiej przeszłości, naprawienie uszkodzonych struktur DNA oraz odzyskanie cząsteczek świadomości, sprawiło, że organizm sam zutylizował pasożyta i rozpuścił kamienie w przewodach wątroby. Przez kilkanaście minut czułam, jak ciało regeneruje uszkodzone tkanki, przesuwają się rozpuszczane kamienie, a w wątrobie robi się lekko i jasno.  I to był koniec leczenia. W codziennym życiu – oprócz zdrowej wątroby – zaowocowało to zwiększeniem sił życiowych, większym optymizmem i lekkością oraz całkowitym zniknięciem całkiem dziwnych i bzdurnych sprzeczek z synami, które uruchamiały do tej pory moją bezsilność, a którą żywił się pasożyt w mojej wątrobie.

Nieco dalej w tym samym płacie wątroby był metalowy pajączek, czyli wirus, a pod nim historia rozpuszczonej szlachcianki w pięknej, bogato zdobionej sukni, która postanowiła popełnić samobójstwo z powodu mężczyzny, a właściwie narzeczonego, który zerwał z nią zaręczyny. Wprawdzie, ani on jej nie kochał, ani ona nie kochała jego, ale dla niej był to wielki afront i wstyd przed ludźmi, że jest gorsza, brzydsza. Jednakże próba samobójcza była nieudana i wszystko dobrze się skończyło. W moim ciele aktywował się wirus na bazie tej właśnie historii również w związku z faktem, że lekarz z Centrum Medycyny Chińskiej odmówił pomocy mojemu dziecku, a  ja przez to poczułam się gorsza, niegodna pomocy i wsparcia. Te same emocje, choć obydwie historie całkiem różne.

Biorąc pod uwagę fakt, że mój dziadek ze strony mamy pochodził ze zubożałej szlachty, a jego ojciec, czyli mój pradziadek był biedny jak mysz kościelna, chociaż miał wykształcenie i wyjechał na 10 lat do Kanady „za chlebem” oraz fakt, że szlachcianka z wizji była w pięknej, bogato zdobionej  sukni, można wnosić, że były to czasy, gdy moi przodkowie byli jeszcze bogaci, czyli najwcześniej koniec XVIII wieku.

Historia jednej klątwy

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nie zauważyłam podpiętej do tych historii aktywnej klątwy. Kosztowało mnie to drogo: wyczerpanie nadnerczy i kolka nerkowa oraz prawie tydzień bezsenności.

Okazało się bowiem, że w prawym płacie wątroby były duże uszkodzenia na bazie tzw. genu buntu. Aktywuje się on w sytuacjach dużej niesprawiedliwości, której doświadczamy w życiu i której nie potrafimy zaakceptować. Podstawą dla tego uszkodzenia są historie rodowe z czasów, gdy to rodzice decydowali, kto za kogo wychodzi za mąż, kto zostaje na ojcowiżnie i ma się opiekować rodzicami do śmierci. Takich historii w mojej rodzinie po obu stronach i matki i ojca było dużo. Sądzę też, że dotyczy to większości Polaków i pewnie nie tylko. System patriarchalny w rodzinie i całkowite posłuszeństwo były bowiem wszechobecne do czasów drugiej wojny światowej.

Do tego genu buntu często podpięte są bardzo ogniste, wręcz parzące klątwy nienawiści za krzywdę i niesprawiedliwość. Na ogół też nie jest to pojedyncza klątwa, tylko klątwy zapętlające się.

U mnie w rodzie pierwszą taką klątwą była klątwa rzucona przez jakąś prapra..ciotkę, która straciła męża na wojnie i mieszkała u mojego prapra…dziadka wraz ze swoim synem. Co ciekawe, to były czasy około połowy XVwieku i na dodatek we Francji, a nie w Polsce. Mój prapra…dziadek wyrzucił ową pra…ciotkę razem z synem ze swojej posiadłości na podstawie fałszywego oskarżenia ze strony mężczyzny, którego amory ta pra..ciotka odrzuciła, a on powiedział, że jest rozpustnicą.

Fałszywe oskarżenie, zszarganie dobrego imienia oraz wyrzucenie z posiadłości na pewną biedę, a nawet śmierć sprawiły, że owa prapra…ciotka przeklinała mojego prapra…dziadka do końca swoich dni. W efekcie ród prawie zaginął i stracili cały majątek. Został jeden przodek – to było szóste dziecko w rodzinie. Nie wiem, jak i kiedy trafił do Polski, bo się nie pokazało to w wizji. Wyglądało na to, że klątwa wygasła razem z rodem.

Temat jednak odżył w rodzie na początku XIX wieku. Klątwa się aktywowała w taki sam sposób, a scenariusz wydarzeń był niemal identyczny. I tutaj już widziałam, jak klątwienie wyrzuconej na bruk kobiety z dziećmi niszczy po kolei majątek i jedność w moim rodzie. Klątwa jakby się rozmnażała. Najpierw ojciec rzucał przekleństwo na syna  lub synową, potem ten syn lub synowa złorzeczyli na niego, by w końcu ich dziecko rzuciło na nich samych klątwę śmierci za dotkliwe i niesprawiedliwe  pobicie. Taka klątwa dziecka rzucona z bólu i poczucia niesprawiedliwości rzucona na własnych rodziców wygląda całkiem inaczej: nie jest napisem, ale czarną dziurą ciągnącą energię całego rodu i aktywuje się zawsze wraz z przekonaniami dotyczącymi wykluczenia, nieudzielenia pomocy, zostawienia na pewną śmierć i bycia skrzywdzonym. Złorzeczenie połączone z bólem i wielką niesprawiedliwością mającą miejsce w obrębie samej rodziny było jak płacz i łkanie z zaciśniętymi pięściami: „Krzywda, krzywda, wielka krzywda”. Tak to słyszałam. Wcale nie wiem, czy energia tej klątwy rozpuściła się do końca, bo 10-letni chłopak pobity przez ojca do krwi tak, że mu spadały pasy skóry z pleców, przez długi czas nie przyjmował ani przeprosin, ani błogosławieństwa, ani wybaczenia.  Okaże się niedługo.

W każdym razie w tym czasie, gdy pracowałam z tą klątwą w całej mojej rodzinie obecnej każdy w jakiś sposób doświadczał niesprawiedliwości, wyrzucenia skądś, fałszywego posądzenia lub innej krzywdy. Jednak wszystko w efekcie końcowym dobrze się dla każdego skończyło, co by oznaczało, że klątwa została usunięta.

Na koniec dodam tylko, że przykro mi, jeśli jakiejś części moich czytelników nie satysfakcjonują moje obecne wpisy.

Jestem na etapie głębokich procesów, których intencją jest zdrowie mojego  syna. Nie przeczę, że piszę trochę makabrycznie, ale takie jest życie: żeby było lepiej, trzeba wygarnąć sporo brudów z różnych kątów.  Udawaniem, że jest dobrze, ani chowaniem pod dywan nie osiągnie się zmiany. Co więcej, okazuje się, że powrót do zdrowia też jest bolesny. Mam jednak nadzieję, że za rok lub dwa będę cieszyć się samodzielnością Kornela  i jego radosnym uśmiechem.

 

Dodaj komentarz