Jestem świadomością

Każda sesja Life Flow Clear jest inna i totalnie nieprzewidywalna. Przyznam się, że często mam dość mieszane uczucia, gdy się na nią decyduję. Nawet bym powiedziała, że podchodzę do niej jak do jeża. Tym razem postanowiłam rozbroić definitywnie moje lęki o dzieci tak ogólnie i dogłębnie zarazem. Biorąc pod uwagę, że mojej prababci zmarło siedmioro dzieci w wieku do trzech lat oraz fakt, że moje doświadczenia po wypadku syna też wielokrotnie zahaczały o horror, to – pomimo iż parę razy już pracowałam z tymi lękami – spodziewałam się dość trudnej sesji i deczko byłam spietrana. Ale nic, zdecydowanie chciałam mieć to z głowy.

Zamknęłam oczy właśnie z intencją rozpracowania i uzdrowienia lęków o dzieci, ich życie, los, szczęście. Poczułam ziemię pod stopami i połączenie z centrum Wszechświata oraz swoje ciało. Poszukałam miejsca w swoim ciele, które najmocniej mnie przyciągało w związku z zadaną intencją.

Pierwsze, co zobaczyłam to było coś w kształcie świetlistego półksiężyca na moim podbrzuszu. Gdy się do tego zbliżyłam i zatrzymałam dłużej uwagę świecący półksiężyc z mojego podbrzusza zmienił się i zobaczyłam go przed sobą jako piękny błyszczący złoty kielich, z którego biło gęste białe światło, troszkę ponad nim była biała kuleczka. Przyglądam się, przyglądam i myślę: „No, holender, wygląda jak kielich z Eucharystią z niejednego świętego obrazka”. Potem słyszę: „Graal”. -„Aaa, Graal… – No, dobra, ale co on ma wspólnego z moimi lękami?” Pytasz i dostajesz odpowiedź: w tej samej chwili ów Graal zaczął się ode mnie oddalać, wyznaczając mi jasną drogę, na której brzegach rosły  złote liście. Ok, znaczy, że chce mi coś pokazać. Idę więc za nim tą dziwną drogą w złote liście.

Znalazłam się w tunelu z dziwnej materii jakby gazowej mieniącej się białymi i czarnymi kołami – byłam w tunelu czasu; przepływały obrazy z okresu prenatalnego, wyglądały jak zdjęcia usg lub klisza rentgenowska. Obserwowałam zmiany, które odbywały się w ciele mojego chorego syna. Scena skończyła się rozbłyskiem światła. Znów pojawił się kielich tym razem metalowy w ozdobne wzory i był odwrócony, a światło wypływało z niego w dół, jakby uciekało. To były – niestety bakterie i wirusy, z których na koniec wypadła ostra metalowa struktura. Samą obserwacją i powtarzaniem komendy: „Rozpoznaj prawdę” uzdrowiłam tysiące bakterii i wirusów, które organizm rozpuścił i zutylizował.

Wciągnęło mnie do jaskini pełnej wody, wypłynęłam z niej do innej jaskini, w której już było jasno i sucho.  Wywołałam liderów: były dwie mocno brzydkie istoty reprezentujące egregory, rozwaliłam je Światłem i Miłością.

Potem wyleczyłam dziurę w tej jaskini, czyli w mitochondrium. U osób ciężko chorych i wyniszczonych mitochondria są dziurawe i zamiast produkować cząsteczki energii ATP dla organizmu, oddają ją egregorom i są niszczone przez bakterie i pasożyty. Jaskinia zrobiła się piękna i jasna.

Przeniosło mnie do dziwnego miejsca. Byłam w kręgu osobliwych istot, nie za bardzo ludzkich, obserwowałam to z boku, a w tym kręgu centralnie było Światło, w którym był mój syn. Dostałam wyjaśnienie, że pobyt mojego syna w tym Świetle sprawił, że jego Koło Życia znów zaczęło się kręcić.

W tym samym momencie wywaliło mnie w kosmos. Byłam w czarnej przestrzeni, otoczonej jakby potężnymi  skałami, wyglądającymi jak z obcej planety. Przestrzeń przedstawiła się jako miejsce mocy. Znalazłam się w złotym kokonie, jakby hamaku i sobie chwilę leżałam. Scena się zmieniła: zobaczyłam małe dziecko płynące w łódeczce. Dziecko wypłynęło na wielkie bladoniebieskie jezioro, w całej przestrzeni była wszechogarniająca cisza. Niestety po pewnej chwili, pojawiły się obrzydliwe jaszczury. Ogarnął mnie lęk, więc poprosiłam przestrzeń o pomoc. Jaszczury zawinęły ogony i zobaczyłam nad całą sceną wielkiego świecącego gościa, który zgarniał te jaszczury jakby na smyczy. Nad sobą zobaczyłam świetlistą rękę i całą scenę wypełniło gęste, jasne Światło. Było przyjemnie i bezpiecznie. Trwało to chwilę. Światło spływało i na mnie i na mojego syna.

Przeniosło mnie na Ziemię. Wędrowałam po skalistej pustyni, która po chwili zmieniła się w piaszczystą pustynię, Nic, tylko piach i piach… Nie powiem, żeby mi się podobało. Na dodatek piach co pewien czas zapadał się i tworzyły się dziury. Przekazałam przestrzeni, że mi to w ogóle nie pasuje i trochę się boję.

Natychmiast przerzuciło mnie na brzeg morza i piaszczystą, cieplutką plażę. Po chwili już wspinałam się po skalistym klifie. Gdy znalazłam się na górze, okazało się, że jestem w miejscu, gdzie z jednej strony był skalisty klif do morza, a z drugiej pionowa skała. Jak stąd zejść? Oj, chrzanić to… Wyobraziłam sobie tor – taki jak saneczkowy dla sportowców – i zjechałam po nim na tyłku wprost na plażę. W wodzie zauważyłam potężny pierścień – wyglądał jak brama czasu z filmów science fiction – wciągnęło mnie przez ten pierścień pod wodę.

Poczułam się jak Harry Potter, gdy, biedaka, chciały wciągnąć nimfy wodne. Było pełno wodorostów i mułu.  W oddali zobaczyłam kobietę w białej sukni z welonem. Na dodatek była martwa. Po chwili zmieniła się w mało fajnego kościotrupa. „No, sorry, ale to mi się nie podoba” – wrzasnęłam do przestrzeni.

Przeniosło mnie więc do jaskini, w której byłam czarnoskórym, może dziwięcioletnim, chłopcem siedzącym sobie przy małym ognisku z…. niedźwiedziem. Takim wielkim i kudłatym. No, holender! Po chwili pojawiło się więcej dzikich zwierząt. Potraktowałam ten zwierzyniec jako liderów egregorów  i rozwaliłam ich Światłem i Miłością. Zniknęli. Wywołałam tornado wielkiego egregoru, odzyskałam zagarniętą energię i rozpuściłam zaczepy egregoru. Koniec sesji. Pojawił się rozbłysk Światła i z ulgą otworzyłam oczy.

Cała sesja była mega wielkim doświadczeniem przeżyć z miejsc skrajnie ekstremalnych, w których powinnam przynajmniej zsikać się w majtki ze strachu. Notabene, intencją sesji było wyleczenie lęków.  Wprawdzie przeżywałam lęk, ale za każdym razem był to lęk do ogarnięcia. Wystarczyło przekazać przestrzeni, że się boję i przestrzeń się zmieniała. Były sceny, w których sama sobie radziłam, a w innych pojawiała się odpowiednia pomoc. Wyleczyłam w tej sesji ogromne ilości bakterii i wirusów, parę uszkodzonych mitochondriów i przekonałam się, że jestem Świadomością. Świadomością, która leczy, zmienia, tworzy. Bezcenne.

 

Dodaj komentarz