o świętach, po świętach…

Z racji tego, że mamy gadzi mózg, to potrzebujemy życia w stadzie. Bardzo niewielu wybiera samotność jako totalne oddzielenie od innych ludzi, typu zakonnice w klasztorach o ścisłej klauzuli, czy pustelnicy. Ludzie zwyczajnie potrzebują relacji społecznych. A to oznacza wspólne spędzanie czasu nie tylko w zwykłym życiu, typu praca, codzienne obowiązki i rodzina. To oznacza również wspólne spędzanie czasu w radości, czyli świętowanie.

Ostatnio wśród osób związanych z rozwojem duchowym dość intensywnie zaznaczył się ruch nie obchodzenia świąt katolickich. Zaczyna nawet przyjmować skrajne postaci zwalczania wszelkich form świętowania powiązanego z uroczystościami katolickimi. Wygląda to tak, że na facebooku ostentacyjnie sporo osób umieszcza informacje, że nie przyjmuje życzeń świątecznych, bo nie obchodzi i nie jest katolikiem. Czasem się co niektórzy obrażają, inni krytykują, tak, czy siak chodzi o to, że – jeśli jesteś świadomy – to odcinasz się od tego, co katolickie.

A ja powiem tyle: akurat życzenia mają moc materializacji. Nie widzę więc powodu odrzucać czegoś, co jest dla mnie korzystne tylko dlatego, że wiąże się z tradycją, czy egregorami, do których już nie należę. Nie mam potrzeby popisywać się swoją innością, wystarczy mi fakt, że nie chodzę do kościoła, a w sobie mam luz na opłatki, kolędy, pasterki, czy tradycyjne dania wigilijne. Akceptuję fakt, że są ludzie, którzy potrzebują religii, tradycji. I często są to ludzie, którzy należą do mojej rodziny, znajomych, przyjaciół. Skoro mnie wolno zamiast wigilii zrobić dla najbliższych wystawną kolację z potrawami, które my lubimy, to nie widzę powodu oceniać negatywnie wigilijnych obyczajów katolików. Tym bardziej, że przez ponad 30 lat swojego życia uczestniczyłam w nich z radością, zwłaszcza w dzieciństwie. Na widok choinki się uśmiecham, bo wiąże się z fajnymi wspomnieniami wigilii u babci. Nie stroję w domu drzewka, bo zamiast małych dzieci mam koty i psiaki, ale za oknem rozwieszam na świerku światełka, żeby mi było raźniej i przyjemniej. Czy to oznacza, że zasilam swoją energią egregor katolicki? Nie. Ja to robię dla siebie, dla moich dobrych wspomnień i dobrego nastroju. Nie spędzam świąt po katolicku, tylko – po swojemu.

Nie chodzę na pogrzeby odkąd pamiętam. Nikomu nie tłumaczyłam, że to dlatego, że przez długi czas bałam się zmarłych, bo się do mnie przyplątywali podczas pogrzebu i na cmentarzu, a ja długo nie wiedziałam, jak się ich pozbyć. Rodzinie przez dobrych kilka lat  wciskałam różny kit, typu choroba, nagły wyjazd, sytuacja rodzinna, aż w końcu wszyscy przyzwyczaili się, że mnie nie ma na pogrzebach, ani na weselach. I jest ok.

Moim zdaniem ci, którzy ostentacyjnie walczą z obyczajami katolickimi mają temat do przepracowania: zwykłą złość, pogardę, deprecjonowanie tych, których oceniają negatywnie. Taka postawa wcale nie świadczy o wysokim poziomie świadomości. Wolno ci robić to, co chcesz i spędzać czas tak, jak lubisz, ale wolność ma cechę charakterystyczną: granicą twojej wolności jest wolność drugiego człowieka. Skoro tobie wolno inaczej, to  innym też wolno inaczej.

W tym wszystkim jest jeszcze jeden drobny szczegół: kultura. Boże Narodzenie to nie tylko święto katolickie, ale element kultury narodowej. Akceptując obyczaje świąteczne – chociaż wcale nie musisz ich kultywować – wyrażasz  także swoją przynależność kulturową, narodową. Czy to ma znaczenie? Ma. Bo przodkom należy się szacunek, rodzinie – także, rodakom – jak najbardziej.

Dodaj komentarz